czwartek, marca 31, 2005

Przykuty do komputera

I nastał jeden z tych dni, których bardzo nie lubię. Zaczynam wtedy mieć świadomość zupełnego zniewolenia. Czuję się jak szczur zamknięty w klatce. Szczur, który pamięta uczucie wolności a teraz musi borykać się z całkowitym ubezwłasnowolnieniem.

Przykuty przez 20 godzin na dobę do komputera, próbuję odnaleźć wolność w słowach, formie i stylu. Jak długo jednak można funkcjonować, w poczuciu całkowitego uzależnienia od rzeczywistości? Cóż to za kraj, gdzie człowiek za ciężko wykonaną pracę może nie dostać swojego wynagrodzenia i nie ma żadnej możliwości wyegzekwowania go od klienta? Cóż to za system prawny, w którym, mimo, że nie otrzymało się należnych pieniędzy, trzeba od nich odprowadzić podatek?

Jestem zmęczony walką. Duszę się. Czuję się wypalony. Jaki sens ma fakt, że walczę o jakość, standardy, etykę, skoro pierwszy lepszy złodziej może pomiatać moją pracą?

wtorek, marca 29, 2005

Warto rozmawiać...

Parę dni temu przeczytałem wypowiedź profesora Lwa-Starowicza, w której stwierdza on, że Polacy nie umieją rozmawiać o seksie. Zastanawiałem się przez chwilę nad tym, po czym doszedłem do wniosku, iż Polacy generalnie nie umieją rozmawiać. Zaraz spadną na mnie gromy. Jak to śmiem w ogóle stawiać taką tezę?

Przez ostatnie parę miesięcy obserwuję ludzi w Polsce. Przyglądam się im z iście wielkim zainteresowaniem, bowiem to, czego się nauczyłem w świecie nijak przystaje do polskiej rzeczywistości. Czasem nawet śmiem twierdzić, że od czasu napisania, przez Gabrielę Zapolską „Moralności Pani Dulskiej" niewiele się zmieniło. Jednak nie o moralności chciałem pisać.

Dużo czasu, bo prawie półtora roku zajęło mi zrozumienie, że usłyszane od znajomych zaproszenie: „Może wpadłbyś do nas kiedyś na kawę?” – nie oznacza bynajmniej tego co w nim pobrzmiewa. Prawdziwa treść ukryta w tym zdaniu w najlepszym wypadku brzmieć powinna: „Jesteśmy kulturalnymi ludźmi. Więc wypada nam złożyć niewiążące zaproszenie.” W bardziej drastycznych, choć wcale nieoderwanych od rzeczywistości przypadkach, zdanie pierwotne należy rozumieć: „Mamy nadzieję, że nie przyjdziesz. Ale wypadało zaprosić."

Druga moja obserwacja dotyczy rozmów na tematy zaangażowane. Spieszę wyjaśnić, że przez tematy zaangażowane rozumiem wszystkie te, których podłoże ma naturę światopoglądową (religijną, polityczną, itp.). Ogólnie rzecz biorąc Polacy nie słuchają argumentów, nie wysuwają logicznych wniosków albo, co gorsza popadają w sofizmaty. Nie będę tutaj dawał przykładów z programu Pospieszalskiego ani komisji śledczej. Wtedy, bowiem musiałbym niektórym osobom zadać proste pytanie: „Pan pyta czy odpowiada?” Ja zaś koncentruje się na codziennych rozmowach. Czasem, kiedy dochodzi do konfrontacji poglądów między mną a innymi ludźmi słyszę dopowiedzi - „Bo tak powiedział Papież” czy też „Pan to się wychował chyba w innym kraju.” Azali takie argumenty mnie nie przekonywają. Bo co też to za argumenty. Nie chcę tu jednak polemizować z autorytetami. Niemniej argument dla mnie to wypowiedź uzasadniająca lub obalająca jakąś tezę, jakiś sąd; dowód, motyw, racja. Nie zaś dogmat. Dotyczy to również jakże powszechnego wypowiedzenia: „Inni przecież też tak robią.”

W końcu o sztuce wnioskowania. Zawsze uczono mnie, że wniosek musi opierać się na jakiś przesłankach, z których zostanie on wyprowadzony. Niestety i ta prawda upada w polskich realiach. Umiejętność wysnuwania logicznych konkluzji nie jest wcale taka łatwa. Ale ciągle mam wrażenie, że w Polsce przeważa ukierunkowany sposób myślenia. Sposób myślenia wyniesiony ze szkoły - co autor miał na myśli i dlaczego to jest to, co powiedziała pani nauczycielka? Przypomniała mi się historia opowiedziana przez jednego ze współczesnych polskich poetów, który został zaproszony na lekcję pokazową analizy jego utworów. Po zakończeniu lekcji, poeta wstał i z kwaśnym uśmiechem stwierdził: „Nigdy nie sądziłem, że coś takiego miałem na myśli pisząc te wiersze.” Długo jeszcze potem mówił o tym, że byłby szczęśliwszy, gdyby młodzież zamiast wyuczonych z książek formułek, opowiedziała, co naprawdę czuje czytając jego poezję.

Być może doczekam się czasów, w których Polacy będą rozmawiać nie półsłówkami i przez pryzmat drugiego dna, ale za pomocą prezentowania jasnych, rzeczowych argumentów. Budując pełne logiczne zdania, które będą skłaniać interlokutorów do namysłu. Tymczasem, jeśli prawdą jest, że ludzie przewracają się w grobie słysząc głupoty, to niejeden grecki filozof osiągnąłby prędkość średniej turbiny parowej.

poniedziałek, marca 28, 2005

Już się zmierzchło...

I nastała noc. Wyszedłem przed dom, żeby chwycić trochę natchnienia i zapalić papierosa. W pobliskich domach światła są już wygaszone. Na wieży kościelnej zegar wybija północ. Księżyc w pełni przebłyska zza drzew. Cisza. Jeszcze tylko od czasu do czasu z pobliskiej ulicy słychać dźwięk przejeżdżającego samochodu. Miasto śpi. Nie słychać nawet oddechu fabryki położonej o 6 km stąd. Powietrze jest spokojne, jakby chciało powiedzieć, że już niedługo też uśnie. Lampy przy drodze mrugają swoimi żółtymi sodowymi światłami. Jest łagodnie i rześko. Nawet myśli przepływają spokojniej.

Lubię to uczucie. Cieszy mnie ten spokój. Przynosi ukojenie skołatanym nerwom. Daje poczucie, że jest jeszcze nadzieja, że być może kolejny dzień przyniesie odrobinę odpoczynku. Ulga. Nareszcie mogę oddychać.

Gdy tak stoję przed domem dręczy mnie tylko jedno pytanie. Dlaczego, na rzecz ucieczki od takiego błogostanu, ludzie wyrządzają sobie krzywdę? Pędzą, zżymają się na siebie, obrzucają się błotem. Kiedy patrzę na nieboskłon chciałbym tym uczuciem ukojenia obdarować cały świat. To pragnienie jest niepojęte, nieogarnione, niezgłębione.

Gdyby tak choć wydzielić część tej sielskiej ciszy na dzień.

niedziela, marca 20, 2005

Pierwsza rocznica śmierci


Hare Majesteit Koningin Juliana Luise Emma Marie Wilhelmina der Nederlanden, Prinses van Oranje-Nassau, Hertogin van Mecklenburg, Prinses van Lippe-Biesterfeld
30 april 1909 - 20 maart 2004

W dniu dzisiejszym przypada pierwsza rocznica śmierci Jej Królewskiej Mości Królowej Juliany.

Jej Królewska Wysokość urodziła się 30 kwietnia 1909 roku w Hadze jako córka królowej Wilhelminy oraz księcia Hendrika. Dzieciństwo spędziła w pałacu Het Loo w Apeldoorn, Noordeinde oraz Huis ten Bosch w Hadze.

W latach 1927-1930 studiowała na Uniwersytetu Leiden. Edukacje zakończyła uzyskanie honorowego doktoratu z filozofii i literatury.

7 stycznia 1937 roku poślubiła Jego Książęcą Wysokość Księcia Bernharda van Lippe-Biesterfeld. Książęcej parze urodziły się cztery córki: Królowa Beatrix (1938), Księżna Irene (1939), Księżna Margriet (1943) oraz Księżna Christine.

4 września 1948 roku Jej Królewska Mość Królowa Wilhelmina abdykowała przekazując królewską prerogatywę Księżnej Julianie.

31 stycznia 1980 roku Jej Królewska Mość Królowa Juliana ogłosiła w komunikacie telewizyjnym swoją decyzję o abdykacji, która nastąpiła 30 kwietnia tegoż samego roku. Królewską prerogatywę przejęła najstarsza córka Księżna Beatrix (panując do dzisiaj). Wraz ze swoją abdykacją przyjęła tytuł Hare Koninklijke Hoogheit Prinses (Jej Królewskiej Wysokości) Juliana Luise Emma Marie Wilhelmina der Nederlanden, Prinses van Oranje-Nassau, Hertogin van Mecklenburg, Prinses van Lippe-Biesterfeld

Zmarła 20 marca 2004 roku

Jego Królewska Wysokość Książę Bernhard Leopold Frederik Everhard Julius Coert Karl Godfried Pieter Prins der Nederlanden, Prins van Lippe-Biesterfeld zmarł 1 grudnia tegoż samego roku (2004).

sobota, marca 19, 2005

Maszyna drukarska oraz przetwarzanie siatkowe

Z powodów wskazanych w tytule nastąpić może kilkudniowy zastój w publikacji wpisów. Projekty te są dla mnie bardzo ważne, w związku z powyższym stanowić one będą priorytet na najbliższe dni. Mam nadzieję, że nie zniechęci to potencjalnych czytelników do zaglądania na tę stronę. Zdarzyć się bowiem może, iż pojawią się mimo wszystko niezapowiedziane wpisy blogowe.

Orbis sensualium pictus

Obudziłem się o 3:34 cały pogryziony. Wczoraj miałem zacząć pisać pierwszy rozdział swojej książki. W żaden sposób jednak mi się to nie udało. Ni to z braku natchnienia, ni to z braku nastroju. Po prostu nie zacząłem pisać. Nie dziwota tedy, że rankiem budzę się cały pogryziony. Kogóż nie gryzłoby sumienie w takich razach?

Próbowałem zasnąć. Bezskutecznie. Przewracałem się z boku na bok, przyjmowałem najbardziej fantastyczne pozycje. Na nic to. Sen nie wrócił, a do tego zaczynało jaśnieć za oknem. Poczłapałem do łazienki. Wziąłem ciepły prysznic, z nadzieją, że albo się obudzę, albo ciepła woda przywróci mi sen. I to nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Nadal byłem w stanie zawieszenia. Ani obudzony, ani uśpiony. Gdzieś między snem a jawą.

Spróbuję jeszcze kawy. Ale przy obecnym refluksie żołądkowym (czytaj: zgadze) nie jestem pewien czy to dobry pomysł. No chyba, że ciepłe kakao.

piątek, marca 18, 2005

Aktu II nie będzie

Aktu II nie będzie z przyczyn bliżej niewyjaśnionych. Być może za sprawą Bacha i jednej z jego Pasji. Być może z powodu bólu świata. Tak czy owak akt II umarł zabity przez skrytobójcę, który cichcem, niby to znienacka, dla niepoznaki zabił we mnie wszelką wełnę twórczą i odtwórczą nie pozostawiając nic ponad pustkę i smutek podszyty jadem przeszłości. Sos to zaiste dla jaja węża złożonego wśród szeptów i krzyków, tam gdzie rosną poziomki.

Wpis w dwóch aktach

Ponieważ nawarstwiło się bardzo wiele spraw, którymi chciałem się podzielić, zdecydowałem podzielić dzisiejszy wpis na dwa akty. Oczywiście Akt II pojawi się po krótkim antrakcie.

Miejsce akcji: biuro zwane mieszkaniem (lub mieszkanie zwane biurem)
Czas akcji: godzina okołopółnocna
Środek komunikacji: Skype


Osoby: Krakauer (znajomy po linii zawodowej)
Sidik (wszem i wobec znany jako CD34)

KRAKAUER
Mam dla ciebie prześlicznej urody piosnkę, co porywa i rozbraja.

SIDIK (z nieskrywanym podnieceniem)
Tedy ślij ją Waść jako krakowska wysyłarka.

(KRAKAUER wysyła SIDIKOWI stosowny plik, pochrząkując w międzyczasie z samozadowolenia, co zresztą dość często mu się zdarza w najmniej oczekiwanych momentach.)

KRAKAUER (z wielką niecierpliwością nieznoszącą sprzeciwu)
Słuchasz już tego?

SIDIK
Już uruchamiam odtwarzacz.

(Przygasają światła, następuje absolutna cisza, przerwana w ostatniej chwili brzękiem odkładanej wirtualnie słuchawki. Na monitorze usadawia się kotka, wykorzystując swój ogon jako wycieraczki do ekranu. Z głośników płynie sielska melodyjka, przywodząca na myśl idyllę wiejskiego życia…)

„Gdy czasem młoda polonistka
Taka naiwna, schludna taka,
Egzaltowana, świeża, czysta,
Że chciałoby się siąść i płakać.

Więc gdy ta polonistka właśnie
Małpując młodopolskie pozy
Wybiegnie o porannym czasie
Boso na łąkę między brzozy.
(…)
Coś z Anny German, gdy zanuci,
Wyrecytuje coś z Asnyka,
A potem bardzo się zasmuci
Nad żabką, którą bocian łyka,

I chcąc zapłakać nad półtrupem
(bo drugie pół ten bocian urwał)
Wlizie tą bosą nogą w kupę
I wyda okrzyk: - Ożesz kurwa!
(…)”

Andrzej Waligórski


A teraz coś z zupełnie innej beczki, czyli tekścik na antrakt.

***
Jeśli ty, jeśli ja...
bezbrzeżne intarsja myśli,
sierpień trwoniący gwiazdy
i wieczory più avvivando
dobiegające swego kresu.

Jeśli ty, jeśli on...
zespólnia rozłączna,
naciekanie słodyczą absyntu,
opieszała powolność klepsydr
i słowa.

Jeśli ty…

Sidik

czwartek, marca 17, 2005

A líto mi je…*

Dziś ktoś, komu próbowałem pomóc, splunął mi w twarz. Nie dosłownie, choć zostałem spoliczkowany słownie.

Przed moim ostatnim pobytem w Krakowie poznałem młodego, nad wyraz inteligentnego szesnastolatka, który nie mógł poradzić sobie ze swoją orientacją seksualną. Przez ostatnie dwa miesiące, starałem się go podtrzymać na duchu (chłopak wcześniej próbował popełnić samobójstwo). Dzwoniłem do niego prawie codziennie. Spędzałem z nim długie godziny na rozmach przez GG. Dziś dostałem od niego w twarz. Dowiedziałem się, że ostatnio rodzice wysłali go do psychologa. Poniżej fragment prawie że monologu:


[Młody] ja zrozumiałem ostatnio, że nie jestem wcale gejem...

[Ja] no to wspaniale**

[Młody] przebywałem z kumplami i tak stwierdziłem

[Młody] to że chciałem się związać polegało na tym że po prostu szukałem ojca

[Młody] bo nigdy go nie miałem
[Młody] trochę popracuje nad sobą i stanę się normalny

[Młody] psycholog bardzo mi pomaga

[Młody] ja nie chce tak żyć - chodzić do klubów- upijać się- potem do pieprzonych dark roomów - pieprzyć wszystko, co się rusza - takie są wszystkie kluby gejowskie

[Ja] ja czasem chodzę do klubów, nie upijam się, nie chodzę do dark roomów i nie „pieprzę” wszystkiego, co się rusza

[Młody] może to dziwne, ale ja coś do ciebie czuje - nie chcę żebyś skończył jak stereotypowy "pedał”, bo wiem, że taki nie jesteś, ale obrzydzenie mnie bierze jak wiem, że będziesz się spotykał z tymi ludźmi, których ja nie toleruje

[Młody] możesz mówić, że jestem nietolerancyjny, ale ja określiłbym to raczej jako "Ambitny"

[Młody] jestem ambitny do tego stopnia, że chcę zmienić się tak żeby być najlepszym, podziwianym - jako pedał nie mogę być takim -

[Młody] dlatego mówię że to nieprawda że jestem nietolerancyjnym!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


[Ja] dla mnie wszyscy ludzie są wartościowi

[Młody] i nie chce żebyś był taki jak oni

[Młody] a co mnie to obchodzi?

[Młody] to twoje życie

[Młody] rób z nim co chcesz

[Młody] możesz iść nawet do dark roomu mam to gdzieś

[Młody] cześć


No cóż, pozostaje mi życzyć Młodemu dużo sukcesów na swojej drodze do szczęścia. Starałem się mu być starszym bratem, przyjacielem i powiernikiem. Ale widać, pojęcie przyjaźni tutaj ma bardzo dziwny wymiar.

Zacytuję, krótki fragment ballady Jaromira Nohavicy:

„Co bylo je pryč jednou pro vždy a stesky jsou k ničemu
každá epocha má vlastní kulisy herce i vkus
[: A líto mi je že už nikdy se nesetkám s Puškinem
a nezajdu si s ním na čaj do bistra U sedmi hus :]

Dnes už nechodíme jak za stára bosáci naboso
řvou motory aut my z oken sčítáme galaxie
[: A líto mi je že už po Moskvě nejezdí drožkáři
a nebudou víc nebudou a to líto mi je :]

Před tebou se skláním má bezbřehá epocho poznání
a vzdávám ti hold lidský rozume nad rozumem
[: A líto mi je že jak dřív se i dnes bůžkům klaníme
a na kolenou bijem hlavama o tvrdou zem :]”

_____________________________________________________________

* I tylko mi żal...

** tak na prawdę nie ma się z czego cieszyć, chłopak nawet nie wie jaką krzywdę sobie wyrządza.





środa, marca 16, 2005

Po cichu. Po wielkiemu cichu...

…ide sobie ku miastu po flaaszku. I idu… ii widzu… Straaż Miejsku…

A to nie z tej bajki. Ale rzeczywiście po cichu. Obudziłem się rano bez głosu. Opuścił mnie niedobry. Widać nie mógł mnie już znieść. Mam jednak nadzieję, że się rozmyśli i wróci. W końcu głos bez człowieka, to jak uśmiech bez kota…
To, co teraz moi telefoniczni rozmówcy muszą wysłuchiwać przypomniało mi dobrze znaną piosenkę Andrzeja Waligórskiego, a właściwie pewien jej fragment:

„Po obiedzie złota cytra
Gra prześliczną melodyjkę,
Cysorz bierze z szafy litra
I odbija berłem szyjkę.”


Wydawałoby się, że niedyspozycja głosowa nie przyniesie już żadnych zabawnych konsekwencji. Nic bardziej błędnego. Zadzwoniłem do mojego ucznia - lekarza weterynarii (nauczam w wolnych chwilach języka angielskiego).

- Wie Pan co? Chyba przełożymy dzisiejszą lekcję na jakiś inny termin?
- A co się stało? Zapalenie krtani? Ja zawsze zabraniam moim pacjentom w takich sytuacjach podawać zimnych i ciepłych napojów. No i powinni ograniczyć szczekanie.

No to zszedłem na psy. Nie wiem, co by na to powiedziała moja kotka, ale nie sądzę by się jej to bardzo spodobało.

Tymczasem ja zająłem się rutynowymi zadaniami. Praca, obiad, praca, drzemka… coś tu się nie zgadza. Drzemki jeszcze nie było. Zanim jednak udam się na drzemkę, postawię pytanie, na które być może ktoś zna odpowiedź. Otóż otrzymałem maila od jednego ze znajomych, który to akurat przeglądał jakieś osobliwe dane statystyczne. Ów znajomy uprzejmie mnie zapytuje, co robi grabarz wykończeniowy?

W normalnych warunkach, po tym pytaniu pewnie odebrałoby mi mowę, gdyby nie to że głosu nie mam od rana. Nie zmienia to faktu, że wątpliwość pozostała. I tym optymistycznym akcentem pozostawiam swoich czytelników do następnego razu.


Ave Cesar, Morituri Te Salutant!

wtorek, marca 15, 2005

Vivat inscientia! Vivat gubernatores!

Polonia civitas in Europa Media et inter Germaniam et Rutheniam Albam sita.
XXXVIII miliones incolarum habet. Urbs princeps Poloniae - Varsovia.
Potestatem legislativam gerit Parlamentum, quod est Comitium et Senatus Rei Publicae. Comitium sunt quadringenti sexaginta legati, Senatus e centum senatoribus constat. Legati senatoresque quarto quoque anno suffragio universo eliguntur. Potestatem exsecutivam gerit Concilium Ministrum, quod e Praeside Concilii (id est Primo Ministro) et Ministris constat. Acta regiminis curantur probanturque a Praeside Rei Publicae, qui quinto quoque anno suffragio universo eligitur.
1. Consensus Civium (PO), factio conservativa et liberalis
2. Factio Popularis Polonica (PSL), factio agraria (sinistra).
3. Societas Democratica Sinistra (SLD), factio sinistra (olim communistica).

Nunc consociatio factionum SLD & PSL rem publicam gubernat.

Już wyjaśniam czemu tak patetycznie zacząłem. Włączyłem dzisiaj po raz pierwszy od wielu dni telewizor. Miałem ochotę obejrzeć wiadomości w programie trzecim. Niestety natrafiłem na którąś z komisji śledczych. Nie wiem kto był przesłuchiwany, ani kto zadał pytanie, bo nie śledziłem akcji. Utkwił natomiast mi w głowie pewien fragment.

- Jak Pan był przygotowany na spotkanie w Londynie?
- Byłem przygotowany tak, że jechał ze mną sekretarze departamentu właściwego, Pan XXX.

No to pogratulować. Może taniej byłoby, gdyby sekretarz pojechał sam, skoro przygotowanie polegało na zabraniu sekretarza? Ale co ja tam wiem. Przecież nie znam się na polityce.

Tedy z wielką radością przyjąłem pojawienie się jednej z bardziej racjonalnych incjatyw jakich się mogłem spodziewać. Powstało Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów - apolityczne zrzeszenie o charakterze światopoglądowym, etycznym i filozoficzno-naukowym polskich racjonalistów. Dobrze jest mieć w świadomości, że oprócz Stowarzyszenia Na Rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo zrzesza się grupa ludzi, dla których wiedza i rozsądek są droższe złota.

Macte animo!

poniedziałek, marca 14, 2005

Zapach eukaliptusówki, czyli pijany misiu koala powraca niczym bumerang

Rozbrzmiały pierwsze takty "W grocie króla gór” Griega. Podniosłem słuchawkę.

- Goeden avond! – Usłyszałem znajomy męski głos.
- Goeden avond! Hoe gaat het met u? - Odpowiedziałem grzecznie.
- Napiszesz tę książkę w końcu?
- Myślałem o tym. Ale chyba jeszcze nie jestem gotów.
- Nie jesteś gotów?? Namawiam Cię od 5 lat, a ty ciągle nie jesteś gotów?

No, więc postanowione. Będzie książka. Znajomy Holender nie był pierwszą osobą, która od pięciu lat namawiała mnie do napisania książki. Ciągle jednak wydawało mi się, że nie stać mnie jeszcze na ten ruch. To prawda. W moim życiu wydarzyło się wiele. Ale taki ekshibicjonizm? Teraz jednak nie ma już odwrotu i trzeba napisać. Tytuł już mam od miesięcy. Pomysł na konstrukcję też. Więc będzie to powieść z elementami autobiograficznymi. Tylko kto w Polsce wyda powieść gejowską?

Tymczasem jednak przede mną stało zadanie napisania artykułu o panspermii i abiogenezie. Siedziałem na wprost monitora, z głośników sączyła się Msza c-moll Mozarta, a ja ciągle nie miałem pomysłu. Bezwiednie otworzyłem pocztę. Moim oczom ukazał się e-mail od nobliwej dr X, prezes szacownego towarzystwa, którego nota bene jestem członkiem. W mailu oprócz kilku kurtuazyjnych zwrotów znalazłem załącznik w postaci zdjęć z mojego pobytu w Australii oraz podziękowania dla dr X od jej australijskiej odpowiedniczki:

„Szanowna Pani
Przesyłając zdjęcia z prelekcji, jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za wypożyczenie nam filmu oraz dr Sidika. W prelekcji uczestniczyło przeszło 40 osób. Po uśmiechniętych buziach widać chyba, że wszyscy się świetnie bawili!”


Jak to miło, pomyślałem sobie, że również mi przesłano zdjęcia. Moja radość nie trwała jednak długo, kiedy zobaczyłem, że podziękowania zostały przesłane w listopadzie. Tyle, że ja wtedy ich nie otrzymałem. No cóż, pewnie zdjęcia musiały krążyć niczym pijany bumerang (albo misiu koala, nigdy nie wiem, co wraca) zanim dotarły do mnie.

Dziś, zatem postanowiłem w blogu zamieścić kilka zrobionych w Melbourne przeze mnie zdjęć. Zdjęcia były robione wczesną wiosną (tj. w październiku). Mam nadzieję, że ucieszą one oko czytelnika dawno niewidzianym słońcem.


Federation Square - sidziebia stacji radiowo-telewizyjnej SBS, w której przeprowadzano ze mną wywiad (widać gadam mądrze jak z telewizora :P) Posted by Hello


Widok z domu, w którym mieszkałem Posted by Hello


Gdzieś w mieście. Nie wiem co to, ale było ładne.


Rzeka Yarra - centrum Melbourne Posted by Hello

niedziela, marca 13, 2005

Pod mocnym aniołem, czyli normalność po polsku

Wybrałem się wczoraj w późnych godzinach wieczornych do pobliskiego pubu. Lubię czasem posiedzieć przy piwie i posłuchać, o czym to się mówi w heteryckim świecie. Jednak to, co tam zastałem nie śniło się nawet greckim filozofom. Ale po kolei...

Po ciężkim dniu zmagań z instrukcją dźwigu miałem ochotę na małą lobotomię. Założyłem kurtkę i przez śnieżne zaspy brnąłem do pubu położonego o 100 metrów od mojego domu. W szumnie zwanym lokalu zastałem 10 osobową grupkę młodzieży. Zamówiłem piwo i usiadłem przy stoliku. Po upływie połowy pokala piwa (czasu środkowoeuropejskiego) do pubu weszło 3 metalowców w długich włosach spiętych gumką recepturką i skórzanych kurtkach. Jegomościom towarzyszyły 2 kobiety oraz pies, niekoniecznie we wskazanej przeze mnie kolejności. Panowie zamówili piwo oraz po pięćdziesiątce wódki i rozpoczęła się dość głośna rozmowa. Nie minęło wiele czasu, a rozmowa panów zboczyła na temat homoseksualizmu.

- K****! (kobieta nienajlżejszego autoramentu tudzież konduity, sic!) Jak ja nie cierpię pedałów. – Stwierdził pierwszy jegomość.
- To, co ci popaprańcy robią dzieciom jest k**** obrzydliwe - odparł chwacko drugi.
- Jakbym takiego spotkał, to bym mu wypierdolił a potem zamknął w wariatkowie - wtrącił trzeci.

Rozmowie wtórował chichot towarzyszących im dziewcząt przerywany raz po raz szczekaniem psa (trzeba uściślić, że w tym wypadku słowo pies jest wielką przesadą - psina byłaby bardziej adekwatna). Rozmowa toczyła się jeszcze przez chwilę, po czym panowie ostentacyjnie wstali, spuścili spodnie i majtki pokazując obecnym swoje obwisłe (i niezbyt apetyczne) pośladki, co siedząca po drugiej stronie sali młodzież nagrodziła gromkimi brawami.

Raz po raz czytuję na łamach przeróżnych periodyków wypowiedzi prawicowych polityków, którzy perorują o tym jak to homoseksualizm jest niezgodny z prawem naturalnym, a homoseksualiści to rozwiązła grupa zboczeńców. Jeśli powyżej opisane zachowanie jest normą prawa naturalnego, to chyba jednak cieszę się, że jestem gejem. „Każdy orze jak może, i gdzie może się pcha. Jedni do akcji W, a Boy do akcji H" powiedział kiedyś Boy-Żeleński.

Przypomniał mi się pewien wyimek z przeprowadzonej kiedyś ankiety:

- Czy pozwoliłby Pan, żeby heteroseksualista uczył pańskie dzieci?
- No, co też Pani? Ja bym tych wszystkich zboczeńców wysłał do gazu.

Lubię mówić o niczym. Jest to jedyna rzecz, na której trochę się znam. Oscar Wilde

sobota, marca 12, 2005

Dzień pod znakiem dźwigu, czyli czekając na Godota...

Dźwignąłem się z łóżka. Niczym pies Pawłowa położyłem palce na klawiaturze i przejrzałem pocztę. Stwierdziwszy, że nic pilnego nie ma udałem się do łazienki w celu dokonania rytualnych ablucji. Spożyłem poranną kawę i kawałek sernika (moje typowe śniadanie) i postanowiłem udać się do pobliskiego sklepu warzywniczego, by nabyć tam drogą kupną paczkę (a nawet dwie) papierosów.

- Dźwigó-wniarzu zamknij! - wycharczał odwrócony tyłem ekspedient.
- Przecież zamknąłem – odparłem uprzejmie.

Ekspedient odwrócił się do mnie, po czym nastąpiła bliżej nieokreślona w czasie rampa semantyczna, którą pan podkreślał swoim zdziwieniem.

- Przepraszam Pana najmocniej. Myślałem, że to syn z towarem.

Nabywszy artykuł pierwszej potrzeby udałem się do domu. W pewnym sensie nie zaskoczyła mnie reakcja osiedlowego sklepikarza. Na zewnątrz martwica rozpływna, godziny wczesno poranne - komu by się chciało silić na wymuszone konwenanse.

Ponownie zasiadłem przed komputerem. Przejrzałem zaplanowane zadania i... o z grozo! przede mną całe dwa dni pod znakiem angielskiej (napisanej przez Niemców) instrukcji obsługi dźwigu przemysłowego. Westchnąłem głęboko, i „ochoczo” zabrałem się do pracy.

Około godziny dwunastej zrobiłem sobie przerwę. Ponownie zajrzałem do poczty, by zapoznać się z nowinkami z forum KPH. Zostało mi parę nieprzeczytanych postów. „Polscy pielgrzymi kontra geje, czyli kolejna wojna o Rzym" – zagotowało się we mnie. Informacja z piątku mówiła o tym, że wielkopolscy samorządowcy skierowali pismo do swoich rzymskich kolegów by nie dopuścili do zorganizowania parady homoseksualistów w okresie odbywania się Narodowej Pielgrzymki Polaków do Rzymu. Wolnoć Tomku w swoim domku, ale żeby narzucać innym swój punkt wiedzenia, to już mocna przesada. Ja rozumiem, że żyjemy w „zjednoczonej” Europie, ale może czas by przestać wymuszać na innych swoje zapatrywania światopoglądowe. „Ta karczma Rzym się nazywa! Kładę areszt na Waszeci!” – przemknęło mi przez głowę. Rozumiałby, gdyby to imć Rokita (po znajomości z Mefistofelesem i Belzebubem) bronił Rzymu. Ale radni wielkopolscy? Chwyciłem za tomik Mickiewicza. Nagle mi się przejaśniło.

„Diablik to był w wódce na dnie,
Istny Niemiec, sztuczka kusa;”

Teraz już wszystko rozumiem. Mefistofeles jako Niemiec (to pewnie przez konszachty z Goethe’m) broni Rzymu by pojmać Twardowskiego. W międzyczasie namawia Rokitę by zrzucił Wandę do Wisły za to, że nie chciała Niemca. A gdzie tu Żydzi, masoni, cykliści??? To już za dużo na moją biedną głowę.

Kiedy skończyłem budowanie teorii spiskowej dziejów dojrzałem sprostowanie tej informacji. Okazało się, że informacja pochodziła z 2000 roku. Odetchnąłem z ulgą. Tylko, czemu nie odczułem nieaktualności tej wiadomości? Czyżby przez pięć lat nic się nie zmieniło?? I tu wieszcz Słowacki przyszedł mi z pomocą. Mówiąc: "Polska Winkelriedem narodów" wierzy, iż jego ojczyzna, to kraj ludzi czynu, którzy przyniosą wolność sobie i światu. A więc to się ciągnie bez mała 200 lat. Dlaczego miałbym się spodziewać, że przez pięć lat Polacy przestaną chcieć zbawiać ludzkość? Tym razem na ratunek biegnie Paweł Jasienica – „Rzeczpospolita obojga narodów”. Przecież mogło być tak pięknie. Tolerancja, wzajemny szacunek... I tylko drąży mój umysł wątła myśl. Rzeczpospolita czy Rzecznadzwyczajna (komisja śledcza)?

piątek, marca 11, 2005

Tako rzecze Zaratustra...

I stało się... Chwyciłem bakcyla. Najpierw spokojnie czytałem blogi innych. Potem powoli, jak żółw ociężale, rodziła się we mnie myśl stworzenia własnego bloga, potrzeba podzielenia się moją codziennością, zmierzenia się z własną samotnością... Teraz przybrała jednak formę fizyczną. Tu jestem winien podziękowania Hebiusowi oraz Walpurgowi (kolejność alfabetyczna by uniknąć nieporozumień), których zapiski na kawałku ekranu skłoniły mnie do podzielenia się swoją rzeczywistością. Póki co skromnie. Bez wodotrysków. Ale jak się nauczę posługiwać tym medium, to jest szansa, że będzie piękniej...

Skoro już się pojawiłem wypadałoby skreślić słów kilka o sobie. Nie towarzyszyli moim narodzinom angeli, co słodko śpiewali a barzo się radowali. Przeto swoje życie budowałem jako wszyscy w wielkim mozole przy zacnej życzliwości mądrych i przychylnych mi ludzi, na przekór tym, którzy chcieli by było inaczej. Kiedym stał się dorodnym młodzianem (tu autor mocno wyolbrzymia swoje walory wizualne) przyszedł czas na miłość - wyidealizowaną, niczym zaczerpniętą z „Cierpień młodego Wertera”, „Fausta” czy „Krystyny córki Lawransa”. Zamiast tego trafił mi się szczur na winie. Trudno powiedzieć, kto bardziej się, komu nawinął – tak czy owak zakochałem się w sportowcu. Wkrótce zamieszkaliśmy razem i świętej naiwności wierzyliśmy, że to co iskrzyło między nami nie jest tylko płochą fascynacją a wielką miłością. Jednako czas pokazał (cztery i pół roku), że z błogiej sielanki wspólne bycie stało się koszmarem. Nie tylko psychiczny, ale i fizycznym. Tak, tak... tuż przed rozpadem owego jakże przedziwnego związku zostałem parokrotnie pobity przez swojego wybranka. Na szczęście instynkt samozachowawczy zadziałał. Spakowałem walizki i wyruszyłem w świat: z balastem wiedzy, ciężką depresją, kilkoma pensami w kieszeni.

Dziś mógłbym uznać się za człowieka sukcesu, który zbudował swoją pozycję zawodową, uznanie i co by tam jeszcze nie dodać, gdyby nie skromny fakt, że człowieczeństwo zasadza się na zgoła innych przesłankach. Siedzę sobie zatem w mojej samotni, trzymając na kolanach kota, wychodzę z rzadka na piwo, żeby pomilczeć, pracuję do upadłego i tylko brak mi kogoś z kim mógłbym pomilczeć we dwoje...