Parę dni temu przeczytałem wypowiedź profesora Lwa-Starowicza, w której stwierdza on, że Polacy nie umieją rozmawiać o seksie. Zastanawiałem się przez chwilę nad tym, po czym doszedłem do wniosku, iż Polacy generalnie nie umieją rozmawiać. Zaraz spadną na mnie gromy. Jak to śmiem w ogóle stawiać taką tezę?
Przez ostatnie parę miesięcy obserwuję ludzi w Polsce. Przyglądam się im z iście wielkim zainteresowaniem, bowiem to, czego się nauczyłem w świecie nijak przystaje do polskiej rzeczywistości. Czasem nawet śmiem twierdzić, że od czasu napisania, przez Gabrielę Zapolską „Moralności Pani Dulskiej" niewiele się zmieniło. Jednak nie o moralności chciałem pisać.
Dużo czasu, bo prawie półtora roku zajęło mi zrozumienie, że usłyszane od znajomych zaproszenie: „Może wpadłbyś do nas kiedyś na kawę?” – nie oznacza bynajmniej tego co w nim pobrzmiewa. Prawdziwa treść ukryta w tym zdaniu w najlepszym wypadku brzmieć powinna: „Jesteśmy kulturalnymi ludźmi. Więc wypada nam złożyć niewiążące zaproszenie.” W bardziej drastycznych, choć wcale nieoderwanych od rzeczywistości przypadkach, zdanie pierwotne należy rozumieć: „Mamy nadzieję, że nie przyjdziesz. Ale wypadało zaprosić."
Druga moja obserwacja dotyczy rozmów na tematy zaangażowane. Spieszę wyjaśnić, że przez tematy zaangażowane rozumiem wszystkie te, których podłoże ma naturę światopoglądową (religijną, polityczną, itp.). Ogólnie rzecz biorąc Polacy nie słuchają argumentów, nie wysuwają logicznych wniosków albo, co gorsza popadają w sofizmaty. Nie będę tutaj dawał przykładów z programu Pospieszalskiego ani komisji śledczej. Wtedy, bowiem musiałbym niektórym osobom zadać proste pytanie: „Pan pyta czy odpowiada?” Ja zaś koncentruje się na codziennych rozmowach. Czasem, kiedy dochodzi do konfrontacji poglądów między mną a innymi ludźmi słyszę dopowiedzi - „Bo tak powiedział Papież” czy też „Pan to się wychował chyba w innym kraju.” Azali takie argumenty mnie nie przekonywają. Bo co też to za argumenty. Nie chcę tu jednak polemizować z autorytetami. Niemniej argument dla mnie to wypowiedź uzasadniająca lub obalająca jakąś tezę, jakiś sąd; dowód, motyw, racja. Nie zaś dogmat. Dotyczy to również jakże powszechnego wypowiedzenia: „Inni przecież też tak robią.”
W końcu o sztuce wnioskowania. Zawsze uczono mnie, że wniosek musi opierać się na jakiś przesłankach, z których zostanie on wyprowadzony. Niestety i ta prawda upada w polskich realiach. Umiejętność wysnuwania logicznych konkluzji nie jest wcale taka łatwa. Ale ciągle mam wrażenie, że w Polsce przeważa ukierunkowany sposób myślenia. Sposób myślenia wyniesiony ze szkoły - co autor miał na myśli i dlaczego to jest to, co powiedziała pani nauczycielka? Przypomniała mi się historia opowiedziana przez jednego ze współczesnych polskich poetów, który został zaproszony na lekcję pokazową analizy jego utworów. Po zakończeniu lekcji, poeta wstał i z kwaśnym uśmiechem stwierdził: „Nigdy nie sądziłem, że coś takiego miałem na myśli pisząc te wiersze.” Długo jeszcze potem mówił o tym, że byłby szczęśliwszy, gdyby młodzież zamiast wyuczonych z książek formułek, opowiedziała, co naprawdę czuje czytając jego poezję.
Być może doczekam się czasów, w których Polacy będą rozmawiać nie półsłówkami i przez pryzmat drugiego dna, ale za pomocą prezentowania jasnych, rzeczowych argumentów. Budując pełne logiczne zdania, które będą skłaniać interlokutorów do namysłu. Tymczasem, jeśli prawdą jest, że ludzie przewracają się w grobie słysząc głupoty, to niejeden grecki filozof osiągnąłby prędkość średniej turbiny parowej.