poniedziałek, marca 14, 2005

Zapach eukaliptusówki, czyli pijany misiu koala powraca niczym bumerang

Rozbrzmiały pierwsze takty "W grocie króla gór” Griega. Podniosłem słuchawkę.

- Goeden avond! – Usłyszałem znajomy męski głos.
- Goeden avond! Hoe gaat het met u? - Odpowiedziałem grzecznie.
- Napiszesz tę książkę w końcu?
- Myślałem o tym. Ale chyba jeszcze nie jestem gotów.
- Nie jesteś gotów?? Namawiam Cię od 5 lat, a ty ciągle nie jesteś gotów?

No, więc postanowione. Będzie książka. Znajomy Holender nie był pierwszą osobą, która od pięciu lat namawiała mnie do napisania książki. Ciągle jednak wydawało mi się, że nie stać mnie jeszcze na ten ruch. To prawda. W moim życiu wydarzyło się wiele. Ale taki ekshibicjonizm? Teraz jednak nie ma już odwrotu i trzeba napisać. Tytuł już mam od miesięcy. Pomysł na konstrukcję też. Więc będzie to powieść z elementami autobiograficznymi. Tylko kto w Polsce wyda powieść gejowską?

Tymczasem jednak przede mną stało zadanie napisania artykułu o panspermii i abiogenezie. Siedziałem na wprost monitora, z głośników sączyła się Msza c-moll Mozarta, a ja ciągle nie miałem pomysłu. Bezwiednie otworzyłem pocztę. Moim oczom ukazał się e-mail od nobliwej dr X, prezes szacownego towarzystwa, którego nota bene jestem członkiem. W mailu oprócz kilku kurtuazyjnych zwrotów znalazłem załącznik w postaci zdjęć z mojego pobytu w Australii oraz podziękowania dla dr X od jej australijskiej odpowiedniczki:

„Szanowna Pani
Przesyłając zdjęcia z prelekcji, jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję za wypożyczenie nam filmu oraz dr Sidika. W prelekcji uczestniczyło przeszło 40 osób. Po uśmiechniętych buziach widać chyba, że wszyscy się świetnie bawili!”


Jak to miło, pomyślałem sobie, że również mi przesłano zdjęcia. Moja radość nie trwała jednak długo, kiedy zobaczyłem, że podziękowania zostały przesłane w listopadzie. Tyle, że ja wtedy ich nie otrzymałem. No cóż, pewnie zdjęcia musiały krążyć niczym pijany bumerang (albo misiu koala, nigdy nie wiem, co wraca) zanim dotarły do mnie.

Dziś, zatem postanowiłem w blogu zamieścić kilka zrobionych w Melbourne przeze mnie zdjęć. Zdjęcia były robione wczesną wiosną (tj. w październiku). Mam nadzieję, że ucieszą one oko czytelnika dawno niewidzianym słońcem.

10 Comments:

At 4:39 PM, Anonymous Anonimowy said...

Ojej... To ja proszę o pierwszy egzemplarz. Oczywiście z dedykacją.
Hmmm.. będę musiał poszukać jakiegoś odpowiedniego towarzystwa dla niej w moje biblioteczce ;-)
A bardziej na poważnie - boję się, że jak sam nie wydasz, to nikt tego nie wyda... :-(
(Walpurg)

 
At 4:58 PM, Blogger CD34 said...

Niestety obawiam się, że nie będzie mnie stać na jej wydanie. Ale od czego są Holendrzy :P

 
At 2:54 AM, Anonymous Anonimowy said...

Holendrzy może zechcą wydać od razu po holendersku :P więc dla nas pozostanje tylko ten blog :)

 
At 8:50 AM, Blogger CD34 said...

Ale może ktoś w Polsce się zdecyduje na wydanie? Może jakaś dobra dusza mi pomoże?

 
At 4:41 PM, Blogger Hebius said...

Jak wygram w DUŻEGO LOTKA to pogadamy, wrócimy do tematu :)

 
At 4:43 PM, Anonymous Anonimowy said...

Aj, zapomniałem zmienić podpisu :) Rzecz jasna archiwista=Hebius

 
At 9:45 PM, Anonymous Anonimowy said...

Myślę, że dla powieści gejowskich jest teraz akurat dobry moment po Witkowskim... Pytanie: uczyłeś się niderlandzkiego? Pytam przez ciekawość, bo mój P. wziął się niedawno za ten język.

 
At 9:57 PM, Anonymous Anonimowy said...

cóż, kolejny raz Hebiusek rozdaje te swoje kilkanaście milionów z totka, nie ważne że jeszcze nie wygrał, ważne że wszyscy się modlimy by to zrobił :))) ... a tak poważnie, pisz ... ktoś wyda na pewno

 
At 11:53 PM, Blogger CD34 said...

Weber ponieważ jestem miłośnikiem dynastii van Oranje Nassau więc nie obeszło się bez niderlandzkiego. :P

 
At 6:31 PM, Anonymous Anonimowy said...

Podziwiam :)

 

Prześlij komentarz

<< Home