piątek, marca 11, 2005

Tako rzecze Zaratustra...

I stało się... Chwyciłem bakcyla. Najpierw spokojnie czytałem blogi innych. Potem powoli, jak żółw ociężale, rodziła się we mnie myśl stworzenia własnego bloga, potrzeba podzielenia się moją codziennością, zmierzenia się z własną samotnością... Teraz przybrała jednak formę fizyczną. Tu jestem winien podziękowania Hebiusowi oraz Walpurgowi (kolejność alfabetyczna by uniknąć nieporozumień), których zapiski na kawałku ekranu skłoniły mnie do podzielenia się swoją rzeczywistością. Póki co skromnie. Bez wodotrysków. Ale jak się nauczę posługiwać tym medium, to jest szansa, że będzie piękniej...

Skoro już się pojawiłem wypadałoby skreślić słów kilka o sobie. Nie towarzyszyli moim narodzinom angeli, co słodko śpiewali a barzo się radowali. Przeto swoje życie budowałem jako wszyscy w wielkim mozole przy zacnej życzliwości mądrych i przychylnych mi ludzi, na przekór tym, którzy chcieli by było inaczej. Kiedym stał się dorodnym młodzianem (tu autor mocno wyolbrzymia swoje walory wizualne) przyszedł czas na miłość - wyidealizowaną, niczym zaczerpniętą z „Cierpień młodego Wertera”, „Fausta” czy „Krystyny córki Lawransa”. Zamiast tego trafił mi się szczur na winie. Trudno powiedzieć, kto bardziej się, komu nawinął – tak czy owak zakochałem się w sportowcu. Wkrótce zamieszkaliśmy razem i świętej naiwności wierzyliśmy, że to co iskrzyło między nami nie jest tylko płochą fascynacją a wielką miłością. Jednako czas pokazał (cztery i pół roku), że z błogiej sielanki wspólne bycie stało się koszmarem. Nie tylko psychiczny, ale i fizycznym. Tak, tak... tuż przed rozpadem owego jakże przedziwnego związku zostałem parokrotnie pobity przez swojego wybranka. Na szczęście instynkt samozachowawczy zadziałał. Spakowałem walizki i wyruszyłem w świat: z balastem wiedzy, ciężką depresją, kilkoma pensami w kieszeni.

Dziś mógłbym uznać się za człowieka sukcesu, który zbudował swoją pozycję zawodową, uznanie i co by tam jeszcze nie dodać, gdyby nie skromny fakt, że człowieczeństwo zasadza się na zgoła innych przesłankach. Siedzę sobie zatem w mojej samotni, trzymając na kolanach kota, wychodzę z rzadka na piwo, żeby pomilczeć, pracuję do upadłego i tylko brak mi kogoś z kim mógłbym pomilczeć we dwoje...


6 Comments:

At 12:55 PM, Anonymous Anonimowy said...

:) Fajnie, tu jestem jako pierwszy komentator.

Powodzenia i wytrwałości w blogowaniu.

Cieszę się, że będzie w sieci jeszcze jedno miejsce, w którym będę się mógł z Tobą spotkać.

 
At 1:48 PM, Blogger CD34 said...

Cieszę się Hebiusku, że mnie tutaj odwiedziłeś. Mam nadzieję, że będziesz tutaj częstym gościem i komentatorem.

 
At 1:51 PM, Anonymous Anonimowy said...

:-)
Witam na nowiutkim blogu :-)
Mam nadzieję, że zawsze będę mógł przeczytać tu coś interesujacego.
Pozdrawiam.
(Walpuś)

 
At 1:55 PM, Blogger CD34 said...

Walpusiu! Twoja obecność w moich skromnych progach cieszy mnie niezmiernie. Mam nadzieję, że i ty będziesz w mojej norce częstym gościem.

 
At 8:45 PM, Anonymous Anonimowy said...

cześć ... ja oczywiście w ślad po Hebiusku, pamiętam twoją przedłużającą się nieobecność na gg ... poszedłem do banku ... cieszę się, że już wróciłeś :P ... jak nie zapomnę zajrzę czasem, by zobaczyć jak sobie radzisz ... wiesz, jestem pamiętliwa, więc raczej będę częstym gościem ... gratulacje na nowej drodze blogowego życia :)))

 
At 9:20 PM, Blogger CD34 said...

A dziękuję za miłą wizytę. Mam nadzieję, że Ci się tutaj spodoba.

 

Prześlij komentarz

<< Home