niedziela, lutego 26, 2006

Odebrać nadzieję...

Ostatni tydzień był dla mnie koszmarny. Awaria komputerów, którą usuwano przez tydzień naraziła mnie na bardzo poważne straty finansowe (dla mnie ponad 30 tysięcy złotych w ciągu tygodnia to pokaźna suma). Ale tak naprawdę nie rzecz w pieniądzach. Są drobiazgi, dzięki którym łatwiej byłoby mi odzyskać siłę do walki z poważnymi problemami. Drobiazgi, które przyniosłyby mi radość i trochę optymizmu w tym trudnym czasie. Gdybym nie musiał zmagać się teraz z tymi problemami, mógłbym te drobiazgi załatwić bez trudu samemu. Ale niestety teraz nie mogę tego zrobić samemu.

Po raz kolejny zawiodłem się na człowieku, który twierdził że mu na mnie zależy. Nie sądziłem, że można być tak obłudnym i pokrętnym. Kiedy dzisiaj opowiedziałem mu o swoim banalnym problemie z załatwieniem pewnej rzeczy stwierdził, że mogłem mu o tym powiedzieć i że następnym razem pomoże. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy wyartykułowałem swoją prośbę, nagle zaczął piętrzyć problemy, które wyraźnie wskazywały na to, że nie chce pomóc.

Przyjaciół nie zostawia się w biedzie. Nawet jeśli zrealizowanie czegoś jest trudne można przecież coś doradzić czy zaproponować inne rozwiązanie. Ale niestety mój rzekomy „przyjaciel” wolał się ode mnie odwrócić, niż spróbować znaleźć jakiś sposób czy podpowiedzieć inną metodę. Nie było dla niego ważne to, że będę cierpiał. Nie pomyślał o tym, że swoim egoistycznym postępowaniem sprawi mi przykrość.

Pewnie jestem jakiś dziwny, ale ja nigdy nie odmawiam przyjaciołom. Problemy moich przyjaciół są moimi problemami i zawsze staram się zaradzić ich smutkom. Nawet jeśli sam nie umiem, czy nie mogę czegoś zmienić, podejmuję wszelkie wysiłki, żeby im pomóc. Nie ma nic gorszego niż zostawić kogoś z jego zmartwieniami, choćbym uważał że nie ma się czym martwić. Może być przecież tak, że to drobiazg, który przechylił czarę goryczy. A to przecież oznacza, że urasta on do rangi poważnego problemu.

Załamałem się zupełnie. Wszystko w co wierzyłem straciło sens. Cóż! Chyba czas na mnie, skoro nic dla nikogo nie znaczę. Po co mam żyć w złym towarzystwie? Nie mam ochoty być chłopcem do bicia, który jest tylko potrzebny jak sam ma coś dać. Wszystko we mnie pękło. Może kiedy mnie zabraknie, to owi rzekomi przyjaciele obudzą się i przestaną krzywdzić innych swoim egoizmem? W każdym razie dla mnie miejsca już tutaj nie ma.

środa, lutego 22, 2006

Po dyktando

Rozliczne media niezłomnie epatują czytelnika od wielu tygodni miriadowymi, na wpół prawdziwymi, nadto niepocieszającymi i wpółkłamliwymi panegirykami. Zestrachani, poddawszy się rozmyślnie odgórnemu, choć nie do końca zwierzchniemu instruktażowi przemożnych szafarzy, szalbierczo dzierżących ster rządów, niespełna rozumu powtarzają na chybcika, uprzednio napisane euforyczne pochwały. Powziąwszy przeto ongi niechęć do wszelkiej bezprzyczynowej onejromancji postanowiłem na łapu-capu zestawić poniektóre, co lepsze cytaty.

1. „Bardziej niż którykolwiek polityk swojej epoki potrafił wyrażać obawy, pretensje i uprzedzenia zwykłych ludzi, na których nie zdołały wpłynąć partie lewicy, ani partie katolickie. A do tego jeszcze głośniej niż którykolwiek polityk (…) obiecywał ludziom nowe, lepsze społeczeństwo – takie, które ma opierać się na „prawdziwych” wartościach, z którymi byli gotowi się identyfikować. Jego wizja przyszłości idzie w parze z demaskowaniem przeszłości. Całkowite załamanie się zaufania do systemu państwowego opartego na skompromitowanej polityce partyjnej i zbiurokratyzowanej administracji spowodowało przeniesienie zaufania i nadziei (…) społeczeństwa na politykę odrodzenia narodu.”

2. „To czego stary parlament i partie nie zdołały doprowadzić przez sześćdziesiąt lat, Pańska godna męża stanu dalekowzroczność pozwoliła osiągnąć (…)”

3. „(…) geniusz pańskiego przywództwa oraz ideały, które na nowo odkrył Pan przed nami, zdecydowały o tym, że z ludzi wewnętrznie rozdartych i pozbawionych nadziei stworzył Pan zjednoczone państwo”.




Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii.
Georg Wilhelm Friedrich Hegel


1. Kershaw I. „Hitler 1889-1936: Hubris”.
2. Kard. Michael von Faulhaber w liście do Hitlera z dnia 24 lipca 1933 roku.
3. Franz von Pappen w imieniu członków rządu.

piątek, lutego 17, 2006

Po co wymyślono Internet...

Drogi Czytelniku (słownie: dwie sztuki)!

Zapewne zastanawiasz się, czemu ma służyć zadane w tytule pytanie, skoro nawet niezbyt wyedukowany w tym zakresie użytkownik jest w stanie wywieść czy domniemać powody, dla którego stworzono to fenomenalne medium. Mylisz się jednak bardzo. Oto bowiem za sprawą Potwora Trekkiego poznałem niedawno odtajnione fakty.

We wtorek rano, listonosz wręczył mi wraz z pozostałą korespondencją twardą tekturową kopertę. Trochę się zdziwiłem, nikt bowiem nie z moich znajomych czy klientów nie zapowiadał przesyłki pocztowej. Usiadłem za biurkiem i wtedy zrozumiałem, że Samuel musiał znaleźć jakiś ciekawy materiał, skoro zdecydował się go przesłać pocztą. Rzeczywiście, w środku znajdowała się płyta z nagraniem musicalu Avenue Q. Pamiętam, że kiedy w sierpniu 2003 roku spotkałem Samuela w Jerozolimie, opowiadał mi o tym porażająco śmiesznym, dosadnym, a mimo to wciąż romantycznym musicalu, wystawianym w Golden Theater na Broadwayu. Kiedy spojrzałem na okładkę płyty (symbol graficzny musicalu na obrazku poniżej), niemal natychmiast przypomniałem sobie o muppeto-podobnych lalkach występujących w tym spektaklu u boku ludzki.


Ale ja spektakl znałem jedynie z krótkich zwiastunów oraz zdjęć. Samuel przysłał mi jednak oprócz ogólnodostępnej płyty małą niespodziankę, na wagę złota. Koperta zawierała pełne nagrania prób do spektaklu z udziałem znanego mi Johna Tartaglia (mógłbym się w Johnie zakochać) oraz prób do aktualnie wystawianej wersji, w której na miejsce Johna wszedł młody, obiecujący (trochę słaba moc głosu, choć bardzo piękna barwa) Barrett Foa – chłopak moim zdaniem przecudnej urody i z młodzieńczym zapałem (no cóż zakochać się to mało). Dzisiaj już mogę swobodnie powiedzieć, że John Tartaglia był zdecydowanie lepszy, ale ma on tę rzadką umiejętność przykuwana uwagi nie tylko kukiełką, ale i swoją charyzmą. Barrett jest jak mi się wydaje młodszy (w sumie to trudno powiedzieć, ponieważ Barrett bardzo ukrywa swój wiek, więc zapytam chyba Samuela) a przynajmniej na to wskazywałaby jego gra.

Ojojoj! Kredki mi się rozsypały po podłodze. A przecież miałem wyjaśnić w jaki sposób Potwór Trekkie (także jeden z kukiełkowych bohaterów Avenue Q) uzasadnia powstanie Internetu. Po niżej zamieszczam filmik do obejrzenia. Filmik nie wiele ma wspólnego z postaciami z musicalu, ale też jest na swój sposób uroczy. Ścieżka dźwiękowa pochodzi z oficjalnego nagrania musicalowego. Poniżej zamieszczę też linki z oryginalnymi krótkimi filmikami. Niestety z uwagi na prawa autorskie mogę dać link tylko do tego co oficjalnie upublicznili producenci.

Fragment oryginalnej produkcji

No i co?? Chyba rzeczywiście wszyscy tylko do tego stosują Internet.

poniedziałek, lutego 13, 2006

Ot i starość

Trudno orzec, czy to jest to przykry zbieg okoliczności, czy może nieprzychylność losu. W jednym tygodniu straciłem bliską osobę, natomiast mój młody ambitny przyjaciel złamał rękę. Co ciekawe Poczta wyśmienicie wstrzeliła się z dostarczeniem przesłanego przeze mnie upominku (o którym wspominałem w opublikowanych poprzednio podziękowaniach) wkrótce po unieruchomieniu zbolałej kończyny.

Jeśli zaś chodzi samych adresatów upominków, to mimo że się praktycznie nie znają połączyła ich pewna osobliwa przypadłość. Obaj panowie, z uporem godnym obrońcy tajemnicy państwowej, rzuconego na tortury, zapierali się jakoby nie zasłużyli sobie na żadne upominki. I co ja mogę na takie dictum? Przypomniała mi się zaraz recenzja przeczytana na stronie Komiksowej Agencji Prasowej, w której to podkreśla się postawione w 5 tomie „Lanfeust z Troy” fundamentalne pytanie Hebiusa: „Czy bogowie są jadalni?”

Jeśli zaś chodzi o mnie, to zmagam się z gorączką i dusznościami. Ot i starość.

środa, lutego 08, 2006

Bolesne odejścia

„Ciężko zapełnić lukę po wielkim człowieku. (…) Niezwykle trudno jest wielką wypełnić próżnię, gdyż zwykle pierwszy wydaje się lepszy.” Baltazar Gracjan

Kiedy dedykując wczoraj komuś post napisałem „nie jesteś sam” nie byłe w stanie przypuszczać, że następnego dnia ktoś inny odejdzie na wieki pozostawiając mnie samego. Gdy odchodzą ludzie, których kochamy i podziwiamy; Ci których znaliśmy i z którymi wiele wspólnie przeżyliśmy – zaczynamy odczuwać pustkę, nie umiemy odnaleźć się w przestrzeni.

Pamiętam, kiedy od 5 rano z Leą podwiązywaliśmy winorośle na winnicy. Przez osiem godzin rozmawialiśmy na odległość wyłącznie o tym, dlaczego Moshe Rabeinu nigdy nie wszedł do Eretz Israel. Pamiętam każde opracowywane przeze mnie Dvar Torah, które prezentowałem jej zanim zapaliła świece szabatowe. Pamiętam każdy prowadzony przeze mnie kidusz, do którego była włączona; każdy łamany przez nas po zakończeniu post w 17 Tamuz, 9 Av czy Jom Kipur.

Ostatni raz spotkaliśmy się w okolicach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Jerozolimie. Później jeszcze wymienialiśmy ze sobą setki maili, telefonowaliśmy do siebie przed każdymi świętami. A potem przyszedł ten ostatni mail po szabacie Bo: „… Shavua Tov jedidi.” I dzisiaj ten telefon.

Jest mi bardzo ciężko. To przyszło zupełnie niespodziewanie. Miałem jednak nadzieję, że… czekałem na jednego kolegę. Nie przyszedł. Dalej więc będę sam.

Nota

Autor bloga „Sidikowe pogwarki“ przesyła wyrazy szacunku wszystkim Paniom i Panom czytelnikom odwiedzającym tę stronę internetową i ma zaszczyt podać do wiadomości, że w dowód wdzięczności za okazaną przyjaźń i sympatię składa gorące podziękowania dwóm szczególnym osobom (procedencja starszeństwa celem wskazania równocenności obu wymienionych):

Hebiusowi Wielkiemu Koronnemu

oraz

Kapitanowi Owocowi Szlachetnemu

Autor bloga „Sidikowe pogwarki“ uprzejmie informuje, że dla wymienionych osób ufundował drobne upominki, których przekazanie nastąpi w sposób uprzednio uzgodniony.

Autor bloga „Sidikowe pogwarki“ korzysta z okazji, by ponowić Paniom i Panom czytelnikom odwiedzającym tę stronę internetową wyrazy wysokiego poważania.

Gdzieś ponad tęczą, dnia 8 lutego 2006 roku.

wtorek, lutego 07, 2006

Nie jesteś sam...

Dzisiejszą noc spędziłem na studiowaniu Talmudu. Postanowiłem więc, że dzisiejszą notkę zadedykuję wszystkim tym, którzy borykają się z problemami, a w szczególności mojemu młodemu, ale bardzo wrażliwemu przyjacielowi Piotrowi. Mam nadzieję, że to dzisiejsze spotkanie pomogło trochę na twoje smutki.

רבי חייא בר אבא חלש על לגביה ר' יוחנן א"ל חביבין עליך יסורין א"ל לא הן ולא שכרן א"ל הב לי ידך יהב ליה ידיה ואוקמיה. ר' יוחנן חלש על לגביה ר' חנינא א"ל חביבין עליך יסורין א"ל לא הן ולא שכרן א"ל הב לי ידך יהב ליה ידיה ואוקמיה אמאי לוקים ר' יוחנן לנפשיה אמרי אין חבוש מתיר עצמו מבית האסורים
(Talmud babiloński, 5b)

Rabbi Chiya bar Abba był chory. Rabbi Yochanan przyszedł do niego (w odwiedziny) i zapytał: „Czy cierpienia te są ci bliskie?” (Rabbi Chiya bar Abba) odpowiedział mu: „Ani one, ani nagroda za nie.” (Rabbi Yochanan) odparł mu (na to): „Podaj mi swoją rękę.” (Rabbi Chiya bar Abba) podał mu rękę a (Rabbi Yochanan) uzdrowił go.
(Podobny przypadek)
Rabbi Yochanan był chory. Rabbi Chanina przyszedł do niego (w odwiedziny) i zapytał: „Czy cierpienia te są ci bliskie?” (Rabbi Yochanan) odpowiedział mu: „Ani one, ani nagroda za nie.” (Rabbi Chanina) odparł mu (na to): „Podaj mi swoją rękę.” (Rabbi Yochanan) podał mu rękę i (Rabbi Chanina) uzdrowił go.
(Gemara pyta):
Dlaczego (Rabbi Yochanan potrzebował pomocy Rabbiego Chaniny)? Rabbi Yochanan mógł uzdrowić się sam! (Skoro wcześniej uzdrowił Rabbiego Chiya bar Abba)
(Gemara odpowiada):
Mówiono(, że): Więzień nie może sam wyzwolić się z więzienia. (Potrzebuje pomocy z zewnątrz.)

Nikt z nas, nawet na moment nie powinien być pozostawiony w osamotnieniu ze swoimi problemami. Od tego są znajomi, koledzy, przyjaciele (czasem rodzina), żebyśmy w każdej chwili mogli zwrócić się do nich o pomoc. Zamykanie się ze swoimi problemami na innych czyni je wielokroć jeszcze trudniejszymi do pokonania.

P.S. Piotr – jeśli cokolwiek się będzie działo, zawsze możesz mi dać znać (24 godziny na dobę bez względu na wszystko). Na wszystko jest rada.

poniedziałek, lutego 06, 2006

Mały czerowony przedmiot

Dochodziła piąta. Znad liter unosił się jeszcze zapach porannej kawy, z trudem przebijając się przez zatężającą powietrze ekscytację. Było już tak blisko, że nie dało się tego ukryć. Jeszcze tylko szesnaście tysięcy uderzeń w klawiaturę, jeszcze parę filiżanek kawy. Jak to możliwe, żeby coś, co nie tak dawno nie miało najmniejszego dla mnie znaczenia, teraz budziło we mnie wszystkie najpiękniejsze emocje. Czułem się jak wtedy, gdy w dzieciństwie z niecierpliwością oczekiwałem chanukowych prezentów.

Wpadłem niemal w ostatniej chwili. Zdążyłem tylko skinąć głową, żeby wiedział zobaczył, że jestem. Miałem nadzieję, że się ucieszy. Tymczasem zaczęło się. Kolejne minuty upływały w napięciu. Każdy najdrobniejszy mięsień mojego ciała pracował, tak jakby mogło to w czymkolwiek mu pomóc. Ostatnie dwie i pół minuty ciągle jeszcze miałem nadzieję, że się uda. Na próżno. Widziałem jak z każdym kolejnym krokiem gaśnie. Był prawie nieobecny.

Wyszedłem przed budynek. Trzymałem w rękach coś bardzo cennego. Dlaczego mi to dał? Nie wiem, ale czułem się wyróżniony. Jakbym w dłoniach trzymał dyplom noblowski. W końcu pojawił się w drzwiach. Nie umiałem go pocieszyć. I choć przyniosłem dla niego pachnący jeszcze drukarnią prezent, widziałem że nawet złote góry nie zmienią jego nastawienia. Ale dla mnie jest i tak bohaterem, kimś kto robi rzeczy niebywałe i potrafi nimi zarazić cały świat.

Na biurku, na honorowym miejscu leży mały czerwony przedmiot opatrzony karteczką i wiem, że jak zrobi się cieplej pójdę zdobyć ten pierwszy punkt.

sobota, lutego 04, 2006

Magiczny Owoc

Minęło sporo czasu od mojej ostatniej bytności na blogu, ale i okoliczności początkowo temu nie sprzyjały. A kiedy już zegar stał się dla mnie bardziej łaskawy, zaczęły dziać się rzeczy niespodziewane, wręcz niebywałe. Ale od początku.

W pewien niedzielny styczniowy wieczór kupiłem najdroższą w swoim życiu piłkę do koszykówki. Ba! Rzekłbym nawet – pierwszą. I oto przedmiot ten krągły, a jakże niepoetyczny, w moich rękach nie bardziej lotny od czołgu czy słonia, zmienił bez trudu bieg kolejnych dni. Nim siedem razy księżyc obrócił się złoty z biletem w dłoni wchodziłem na mecz.

Owoc przeleciał obok mnie z prędkością światła niczym kometa, pozostawiając swój żółtozielony warkocz na moich ramionach. – Chyba z wrażenia pomieszało mi zmysły – pomyślałem. – A może to kometa Enckego?? – Usilnie próbowałem przypomnieć sobie wiadomości z ostatnich dni. Nie wspominał jednak o nadejściu komety ani Jarek Kret ani Tomasz Zubilewicz. Co prawda nadawano wywiad z profesorem Wolszczanem, ale nawet on słowem nie wspomniał o tym osobliwym zjawisku. Swoją drogą czy kto widział owocopodobną kometę. Więc może to był owoc rzucony przez zaciekłego kibica przeciwnej drużyny. Ostatecznie zimą ciężko o pomidory. Owoc ponownie przemknął obok mnie. – To dla ciebie – usłyszałem z oddali. Na moich ramionach spoczywał nowiutki żółtozielony szalik z logo drużyny, której przyjechałem kibicować. Tym razem podążyłem wzrokiem za oddalającym się sprawcą zamieszania. Nie ulegało wątpliwości - to był owoc. I to nie byle jaki, przez małe „o”, ale młody płomiennorudy Owoc.

Od tamtego zdarzenia mignął mi jeszcze może raz czy dwa przed oczami, nie przykuwając mojej większej uwagi. Wkrótce wyszło na jaw, że Owoc jest administratorem forum, którego byłem naówczas członkiem. Kontakt nawiązaliśmy jednak dopiero, gdy zdecydowałem skasować swój profil. Owoc okazał się nie tylko niezmiernie sympatycznym rozmówcą, ale i zawodnikiem miejscowej młodzieżówki koszykarskiej. Tym oto sposobem od paru dni sobie gawędzimy. Miło jest w życiu spotkać życzliwego człowieka, którym nie targają uprzedzenia czy niezdrowe emocje.

Kolego Owoc – dzisiejszą blotkę poświęciłem Tobie, bo to ty namówiłeś mnie do reaktywacji bloga. Serdecznie dziękuję Ci za pogodę ducha, którą w sobie nosisz. Jednocześnie chciałbym podziękować za zaproszenie na meczyk – już zaklepałem sobie czas w kalendarzu. A swoją drogą mam nadzieję, że Twoje awanse względem pewnej koleżanki zostaną odwzajemnione - czego ci z całego serca życzę.