piątek, kwietnia 22, 2005

A jednak...

Jestem chyba krańcowo wyczerpany. Przyszło to tak nieoczekiwanie, że sam nie wiem, co mam powiedzieć. Teraz już tylko czekam. Ból, zmęczenie, zrezygnowanie. Nie mam już siły. Myślałem, że jeśli zatopię się w pracy, pozwoli mi to zapomnieć. Ale niestety ten wariant również zawiódł.

Ciężko pracuję. To prawda. Ale któż nie pracuje? Nie mam wytchnienia. Nie mam odrobiny oddechu. Pewnie sam jestem sobie winien, bo starałem się udowodnić sobie, że jeszcze jestem coś wart, że jeszcze coś potrafię. Otóż nie. Nie potrafię. Nie mam siły. Nie umiem. Jak mogę dawać jakość skoro, że zapewnić sobie rozsądny warsztat musze harować jak osioł? W końcu przestaję mieć siłę, tracę na jakości, wydajności i profesjonalizmie.

Jest źle, skoro praca, którą tak kocham staje się dla mnie przekleństwem. Skoro praca, której hołduje zaczyna izolować mnie od świata. Pogrążam się w samotności, bezsilności, otępieniu, marazmie. Niczym pies Pawłowa budzę się i zasypiam z palcami na klawiaturze.

Może już czas odejść? Nie mogę tak dłużej. Nie wytrzymam. Skoro nikt nie chce mnie kochać, dawać siły do pracy, skoro nie ma chętnego, który dałby się pokochać a odpowiadałby moim wyobrażeniom choćby po części, to może jednak czas odejść.

Mam dość bycia pomiatanym. Mam dość wytykania mi moich niedoskonałości cielesnych, intelektualnych. Nie chcę, nie mam siły.

czwartek, kwietnia 21, 2005

A tymczasem...

Postanowiłem ostatkiem sił dzisiaj napisać jakąś blotkę. Przyznam, że zmęczenie daje mi się nieźle we znaki. Jest we mnie jednak jakiś smutek, tęsknota za wolnością i wielkie pragnienie odpoczynku. Na zewnątrz znowu jest zimno, więc nie mam ochoty stać na dworze i spoglądać w gwiazdy, choć lubię to zajęcie. Jest też w tym wszystkim jakaś nuta samotności. Coraz częściej pragnę zatopić się w ramiona ukochanej osoby. Jednakże póki co nie ma takiej nawet na horyzoncie. Trudno wszakże by była, skoro moja egzystencja w świecie kończy się na wyjazdach służbowych.

Chyba jednak zasklepiłem się w swojej nieudane miłości i nie wychodzę poza jej ramy. Utknąłem… Nie żebym taplał się we wspomnieniach. Ten czas na szczęście minął. Ale ciągle chciałbym, żeby ten przyszły, choć po części przypominał tego poprzedniego. Są bowiem cechy, których potrzebuję, które potrafią mnie napędzać do działania, skłaniać do dużo bardziej twórczej pracy.

Zamknięty w świecie, w którym na co dzień uprawiam żonglerkę literami, znakami, słowami, znaczeniami, czasem ulegam lekkiemu przebłyskowi, że praca moja jest niczym kształtowanie myśli innego człowieka. Tego anonimowego czytelnika - odbiorcy. Czytelnika, który często nie zatrzymawszy się choćby na chwilę nad drobną figurą semantyczną, ulega pewnym doznaniom, odczuwa tekst tak jak odczuwa się ciepło i zimno, jak czuje się zapach lipowej herbaty do drożdżowego ciasta. Ów czytelnik często nie zdaje sobie sprawy, że jego umysł poddaje się moim małym ekwilibrystykom słownym. Wiem, wiem. To wszystko już było. Niczego tutaj nie odkrywam. Wszystko to zostało już powiedziane. Jednakowoż myślę o tym w zupełnie innym kontekście. Gdybyśmy tak ja i mój anonimowy czytelnik spotkali się oko w oko? Czy byłbym dalej samotny? Czy fizyczna namacalność czytelnika zdjęłaby ze mnie jarzmo osamotnienia?

I w końcu, jaki miałby być ten czytelnik? Wątła niewiasta, która w porannym pośpiechu, nie zdążyła nałożyć makijażu? Samiec zarodowy, o atawistycznych rysach twarzy, zadurzony w swoim narcyzmie? A może zwykły robotnik, żołnierz?

Tymczasem pozostaję sam na sam ze znakami, pospieszny stukotem klawiatury, wystygłą herbatą i świecącym monitorem. Jest nas aż tyle. I jeszcze kot. A jednak czegoś brakuje. Może tego silnego męskiego ramienia, w które można by się wtulić? Albo nocnego chrapania wtórującego mojej pracy? Nie chcę intelektualisty. Zawsze uważałem, że wzięcie ślubu ze sobą byłoby najnudniejszym na świecie rozwiązaniem. Nie chcę sążnistych dysput o Kancie, Husserlu, czy obrazach Tycjana, Goi lub Van Gogha. Chcę czasem pobyć, pomilczeć we dwoje. Dowiedzieć się, co nowego wydarzyło się na siłowni, kto od kogo kupił samochód i z jakimi halogenami. Dlaczego jedna odżywka jest lepsza od drugiej i czemu teraz modny jest taki telefon komórkowy. Proste prozaiczne codzienne sprawy, które są mi tak odległe, że wręcz nienamacalne. Jestem zmęczony kolejnymi racjami w sprawie komisji śledczych, opiniami na temat nowego Biskupa Rzymu.

To, czego pragnę, to być i żyć dla drugiego człowieka. Cieszyć się jego codziennością i nauczyć się ją rozumieć.

czwartek, kwietnia 14, 2005

Rozterki literata...

Trochę się zapuściłem. Oczywiście chodzi mi o to, co dzieje się, a raczej, co nie dzieje się na blogu. Niestety maszyna drukarska pochłonęła mnie bez reszty. Tak czy owak zmagam się z różnymi przeciwnościami, ale ogólnie nie mogę narzekać. Zresztą jutro wczesnym rankiem udaję się do Warszawy w celu zarobienia kolejnej „oszałamiającej kasy”. Niestety brutalna prawda jest taka, że pewnie jak zwykle więcej wydam, niż zarobię.

Tymczasem odbyłem dzisiaj bardzo ciekawą rozmowę, z zaprzyjaźnionym blogowiczem, którego rozterką był temat na blotkę. Ów jakże przemiły i ogromnie lubiany przez swoich czytelników blogowicz twierdzi, że w jego życiu nic się nie dzieje. Że codzienność, która go otacza jest szara i niezbyt atrakcyjna. W takim też duchu rozpoczął swoje „Cierpienia młodego Wertera”. Próbowałem za wszelką cenę, i mam nadzieję, że ze skutkiem, przekonać go o tym, że tak naprawdę, najlepiej jest pisać na swoim blogu prawdę. Zaperzył się: „Przecież piszę prawdę!” Odpowiedziałem błyskawicznie, że chodziło mi o to, iż nawet w przypadku, gdy nic się nie dzieje, możliwe jest napisanie blotki o tym, że nic się nie dzieje. Przekonywałem go, że nawet o tym da się pisać w sposób ciekawy i barwny.

W końcu wszystko jest kwestią ujęcia. Skoro nie mam tego, co bym chciał, to może warto napisać o tym, co chciałoby się mieć. Jeśli nie mam co jeść (bardzo drastyczny przykład i mocno przebarwiony, bo głodnemu raczej nie żarty a żarcie w głowie) to mogę napisać lekko, że chciałbym zjeść przepiórki z żurawinami a tymczasem mam do wyboru piłkę z rożna (ostatnio dość powszechna w telewizji) albo szczura na winie (czyli co mi się pod rękę nawinie). I w żadnym razie nie mijam się z prawdą, albowiem prawdą będzie fakt, że nie mam co jeść i, że mam ochotę na przepiórki, a mogę się żywić jedynie rozrywką w postaci piłki (z rożna, bo jakże inaczej "nożna" kojarzyłaby się głodnemu?) albo tego co się nawinie (w ostateczności szczur też pewnie byłby zjadliwy).

Żywię tedy nadzieję (ojej, wygląda na to, że chyba naprawdę jestem głodny skoro, co drugie słowo kojarzy mi się z jedzeniem - „żywię tedy nadzieję„), iż mój uroczy skądinąd interlokutor upichci nam jakąś strawę intelektualno literacką na miarę swojego jakże błyskotliwego intelektu. Tym oto bikontem zakończe niczym pieprzoniak z deszczu pod rinnę i udam się do kuchni.

wtorek, kwietnia 12, 2005

Decyzja

Dzięki usilnym staraniom Hebiusa i bliżej mi nieznanego, acz serdecznego mi Wojtka blog pozostanie na swoim miejscu. Dziękuję tym, dla których blog ten jest stałym punktem w codziennym planie. W szczególności Hebiusowi, Wojtkowi i Xeonowi.

piątek, kwietnia 08, 2005

Zmierzch bogów...

Dzisiaj przeżyłem wielokrotne upokorzenie. Zewsząd namawiany byłem do obejrzenia transmisji z pogrzebu Papieża. Szanuję uczucia religijne Polaków. Szanuje ich przywiązanie do zwierzchnika kościoła. Nie oznacza to wszakże, że musze podzielać ich poglądy. Wychowałem się w duchu innej religii i od nikogo nie oczekuję, żeby podzielał moje wyznanie. Dla mnie wartości miłości bliźniego, pojednania czy szacunku, to wartości mające swoje źródła w różnych religiach. Znam setki ludzi, którzy głoszą te wartości, wprowadzają je w czyn, i tylko z faktu wrodzonej skromności oraz tego, że nie stoją na czele jakiejkolwiek organizacji wynika to, iż nikt o nich nigdy nie słyszał.

Jeśli chodzi o pojawiające się ostatnio na ustach wielu pojęcie „miłosierdzie” przyznam szczerze, że jest to uczucie zupełnie mi obce. Miłosierdzie - współczucie okazywane komuś czynnie; zmiłowanie się nad kimś, litość. Zdecydowanie dla mnie ważniejsze jest czynne niesienie pomocy, w takiej bądź innej formie. Samo miłosierdzie jest dla mnie aktem bardzo przygnębiającym. Co z tego, że w sposób czynny okażę komuś współczucie? Jeśli mu nie okażę realnej pomocy, z mojego współczucia drugiemu człowiekowi niewiele przyjdzie.

Pamiętam jak w czasie studiów spędzałem liczne godziny na oddziale onkologicznym. Po wielokroć słyszałem od pacjentów w stanie terminalnym: „Nie chcę współczucia. To upokarzające. Sprawia, że czuję się gorszy.”, „Okaż mi swoją pomoc, albo po prostu traktuj mnie normalnie. Nie chcę czuć się nieprzydatny, mniej wartościowy.”

W judaizmie jest instytucja zwana cedaką. Słowo cedaka „צדקה” pochodzi od słowa cedek „צדק” – sprawiedliwość, słuszność, prawowitość. Cedaka zaś oznacza dobroczynność, jałmużnę, zasiłek. W Devarim 16:20 (Deuteronomium lub Księga powtórzonego prawa) napisane jest: „Sprawiedliwość, sprawiedliwość (cedek, cedek) powinieneś czynić, abyś mógł dziedziczyć i żyć na ziemi, którą twój B-g dał tobie.” W tej samej księdze napisane jest (26:12), że należy 10 procent swoich dochodów oddawać ubogim, co trzeci rok oraz dodatkowy procent dochodów każdego roku (Tora mówi wyraźnie nie tylko o ubogich: osobom bez ojca, obcym, wdowom). W szerszym kontekście oznacza to nie tylko dawanie jałmużny (nie lubię tego słowa, bo w polskim języku ma ono bardzo pejoratywny wydźwięk), ale pomoc w znalezieniu pracy, czy udzielenie pożyczki (jeśli ów wstydzi się przyjąć darowiznę), wejście z nim w spółkę, itp.

Dziś setki znajomych poucza mnie, że tylko Papież wiedział i nauczał słusznej drogi. Z całym szacunkiem, ale są to prawdy, których autorem jest B-g. A głowie kościoła nie wypadałoby nauczać innych niż B-skich prawd. Słowa te nie są skierowane przeciwko Papieżowi, ale przeciwko ludziom, którzy z Biskupa Rzymu robią boga. Jakoś niewielu pamięta zawołanie papieskie: "Totus Tuus" (cały Twój).

Ponieważ, przez ostatnie dni, wielu próbowało mnie nie tylko przekonywać do słuszności ich poglądów, ale również nawracać, bez najmniejszego szacunku dla mojego światopoglądu, zdecydowałem się zlikwidować tego bloga. Skoro nie mogę wyrażać swoich poglądów, bez narażenia się na zarzut obrażania uczuć religijnych (daleko mi do tego, bo szanuję każdą wiarę i światopogląd, który nie jest sprzeczny z dobrem ogólnoludzkim), to również i ten blog nie jest tutaj potrzebny. Decyzja ta ma jeszcze jeden wymiar. Najprawdopodobniej nie zdecyduję się na napisanie mojej książki po polsku. Obawiam się szykan, plwania na moje poglądy, mieszania mnie z błotem i szeregu jeszcze innych bardziej „miłosiernych” czynów.

Blog pozostanie na miejscu najprawdopodobniej do północy w poniedziałek, po czym zostanie skasowany.

Dziękuję wszystkim za czytanie moich tekstów.

czwartek, kwietnia 07, 2005

Serce krwawi...

Dzisiaj po długim czasie włączyłem telewizor. Na jednym z kanałów satelitarnych odbywał się koncert w filharmonii. Nagle zobaczyłem dziesiątki osób, z którymi koncertowałem latami, a z którymi straciłem kontakt, gdyż mój były skompromitował mnie w ich oczach. Po mojej twarzy popłynęły łzy. Dziesiątki osób, które bezgranicznie kochałem. Osób, z którymi wypiłem nie jedno piwo po koncertach w Marsylii, Monte Carlo, Paryżu, Llangollen, Montreux, Reggio Emilia, Rzymie, Jerozolimie, Nowym Jorku i wielu innych miastach świata.

Dzisiaj nagle wszystko wróciło. Powrócił ból, smutek, wspomnienia, cierpienie. Znowu zacząłem odczuwać nieokiełznaną samotność, zrezygnowanie i czas. Czas, który nigdy już nie powróci. Czas, który był tak piękny.

Stanąłem przed domem w strugach deszczu mając nadzieję, że jego krople ukryją moje łzy. Cóż jednak, skoro łzy były głębiej. Nie na twarzy, lecz w sercu. Łzy, które wypełniały wszystkie moje trzewia. Całe moje jestestwo. W uszach dudniły mi nakładające się dźwięki wszystkich utworów, które wykonywaliśmy. Każda nuta, każdy akord trącał strunę mojego umysłu i serca. Każde najmniejsze decrescendo budzi wspomnienia. Dziś chciałbym być najdrobniejszą przednutką w ich ustach, flażoletem w pierwszych skrzypcach, choćby pauzą. Nic mi już tego nie przywróci. Nic...

poniedziałek, kwietnia 04, 2005

Zdziwienie

Ostatnie dni dziwią mnie niesamowicie. Tym, którzy zapomnieli, przypominam treść pierwszego przykazania:

"Ja Jestem (Haszem), twój B-g, który wyprowadziłem cię z ziemi egiskiej, z domu niewoli. Nie wolno ci mieć innych bogów oprócz Mnie."