czwartek, kwietnia 07, 2005

Serce krwawi...

Dzisiaj po długim czasie włączyłem telewizor. Na jednym z kanałów satelitarnych odbywał się koncert w filharmonii. Nagle zobaczyłem dziesiątki osób, z którymi koncertowałem latami, a z którymi straciłem kontakt, gdyż mój były skompromitował mnie w ich oczach. Po mojej twarzy popłynęły łzy. Dziesiątki osób, które bezgranicznie kochałem. Osób, z którymi wypiłem nie jedno piwo po koncertach w Marsylii, Monte Carlo, Paryżu, Llangollen, Montreux, Reggio Emilia, Rzymie, Jerozolimie, Nowym Jorku i wielu innych miastach świata.

Dzisiaj nagle wszystko wróciło. Powrócił ból, smutek, wspomnienia, cierpienie. Znowu zacząłem odczuwać nieokiełznaną samotność, zrezygnowanie i czas. Czas, który nigdy już nie powróci. Czas, który był tak piękny.

Stanąłem przed domem w strugach deszczu mając nadzieję, że jego krople ukryją moje łzy. Cóż jednak, skoro łzy były głębiej. Nie na twarzy, lecz w sercu. Łzy, które wypełniały wszystkie moje trzewia. Całe moje jestestwo. W uszach dudniły mi nakładające się dźwięki wszystkich utworów, które wykonywaliśmy. Każda nuta, każdy akord trącał strunę mojego umysłu i serca. Każde najmniejsze decrescendo budzi wspomnienia. Dziś chciałbym być najdrobniejszą przednutką w ich ustach, flażoletem w pierwszych skrzypcach, choćby pauzą. Nic mi już tego nie przywróci. Nic...

1 Comments:

At 1:33 AM, Anonymous Anonimowy said...

Rozumiem teraz Twój dzisiejszy smutek.

 

Prześlij komentarz

<< Home