ECCE HOMO WOT I SWOŁOCZ
„To jest mój ulubiony dzień. Byłam u mojego ulubionego fryzjera. Zaraz założę moją ulubioną sukienkę. Tymczasem mój mąż ugotuje mój ulubiony budyń.” - oznajmia z dumą bohaterka jednej z reklam. Mój fryzjer? Mój mąż? Mój budyń? Moje dzieci? Moja kawa? Za oknem rozległ się przeraźliwy dźwięk alarmu samochodowego. Nerwowo rozejrzałem się po pokoju próbując sprawdzić, czy aby nikt mi niczego nie ukradł. Podbiegłem do okna i wyjrzałem na parking. Olśnienie wyrwało mnie z obłędu. Przecież ja nie mam samochodu. Nie mam dzieci ani męża. Na dobrą sprawę nie mam nawet kawy; ostatnią sparzyłem sobie parę minut temu. Zaraz, zaraz. O co tutaj właściwie chodzi? – pomyślałem zakładając kurtkę. Czy tak nas ogarnęła rządza posiadania, że nie potrafimy zbudować prostego zdania nie dodawszy zaimka dzierżawczego? W drodze do sklepu usłyszałem jeszcze dobiegające z okna pobliskiego bloku fragmenty kłótni: „Jesteś taka jak twoja matka!”
Wróciwszy rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Sącząc świeżo zaparzoną kawę zabrałem się za przeglądanie prasy. Uwagę moją przykuł artykuł Tomasza Terlikowskiego „Nie żyjemy dla siebie”. Zawrzało we mnie jednak po przeczytaniu, iż: „Dopiero tam, gdzie odrzuci się przekonanie, że celem małżonków jest posiadanie dzieci i wychowanie ich w najlepszej ze znanych wspólnot, można próbować tak zmieniać definicję małżeństwa, by obejmowało ono także pary (a w zasadzie, dlaczego tylko pary?), które z natury do posiadania dzieci nie są zdolne, a jeśli je mają, to z zupełnie innych związków.” A to dopiero nowina! – pomyślałem. Od kiedy to celem małżonków jest posiadanie dzieci i gdzie ów pożal się B-że filozof upatruje dowodów na to, że małżeństwo jest najlepszą ze znanych wspólnot? O przemożna rządzo posiadania! Jeśli przyjąć za pewnik, że posiadanie dzieci jest celem małżonków oznaczałoby to ni mniej, ni więcej, tylko tyle że dzieci stanowią własność swoich rodziców a związek małżeński zwierany jest po to, by zrealizować ową potrzebę posiadania. Koncept to zgoła godny pożałowania. Żaden człowiek w myśl tego nie byłby wolnym, a ludzkość składałaby się z miliardów niewolników spokrewnionych z sobą wzajemnie, przy czym każdy nowy niewolnik miałby dwóch właścicieli, z których każdy jest lub był niewolnikiem kolejnych dwóch. Idąc uparcie tym torem sparafrazuję pewną historyczną zależność mówiąc: „Niewolnik mojego niewolnika jest moim niewolnikiem.” Zgroza. Ktoś może powiedzieć, że to jedynie figura językowa. Czemu ma służyć ów spór semantyczny?
W przeciwieństwie do innych ludzi, filozof powinien korzystać z języka niczym chirurg ze skalpela. Precyzyjnymi sformułowaniami musi oddzielać poszczególne warstwy semantyczne i pragmatyczne, tak by w końcu dowieść w sposób rzetelny prawdziwości lub nieprawdziwości swojego rozumowania. Pan Terlikowski okazuje się zgoła bezmyślnie korzystać z mechanizmów języka. Jeśli zatem posiadanie a nie ciągłość gatunku stanowiłoby istotę małżeństwa, jakiż głębszy sens miałby wynikać z owego posiadania? Tego jednak autor już nam nie wyjawia. Cóż! Człowiek wot i hedonistyczna swołocz – żeni się, by posiadać. Na szczęście wiem, że są na tym świecie jednak rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.



2 Comments:
Wyznawca jakiegokolwiek systemu apriorycznego musi dochodzić do różnych absurdów przez to, że wiążą go różne założenia.
Ależ zgadzam się z tym w zupełności. Tle że filozofowi wypadałoby przedstawić przesłanki, na których się opiera. Wtedy owe absurdy mają swoje usprawiedliwienie.
Prześlij komentarz
<< Home