wtorek, listopada 22, 2005

Wstyd mi

Zabrakło mi odwagi. Miałem wziąć udział w sobotnim marszu. Mogłem obronić wszystkich, którzy w marszu uczestniczyli. Mogłem stanąć na środku i czytać głośno psalmy obwieszczając wszem i wobec, że zebrani są uczestnikami zorganizowanego przeze mnie Szabatu. W myśl przepisów religijnych nikt nie może zostać aresztowany w dniu Szabatu, nie może być przewożony, ani nie wolno mu podpisywać żadnych dokumentów, albowiem jest to niezgodne z przepisami religijnymi, a gości obowiązują te same prawa, co gospodarza. Gdyby ktoś próbował mimo to aresztować kogokolwiek musiałby się liczyć z przepisami kodeksu karnego:

Art. 194. Kto ogranicza człowieka w przysługujących mu prawach ze względu na jego przynależność wyznaniową albo bezwyznaniowość,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.Art. 195. § 1. Kto złośliwie przeszkadza publicznemu wykonywaniu aktu religijnego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej,podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Zabrakło mi jednak siły i odwagi. Następnym razem będę z wami.

niedziela, listopada 20, 2005

Niebezpieczne sygnały

Z wielkiego zgiełku, jaki rozgorzał wokół kolejnej parady równości wyłania się dla mnie straszliwy, choć niezmiernie wyrazisty obraz. Moją uwagę jednak przykuwa fakt, który zdaje się być niedostrzegany tak przez adwersarzy jak i stronników marszu. Otóż, we wszelkich komentarzach, króluje hasło łamania praw – tak praw mniejszości przez większość, jak i na odwrót. Z obu stron barykady padło na ten temat wiele słów. Mało kto zauważył, że zakaz organizacji marszu równości w obliczu przyzwolenia na marsze neofaszystów np. w Myślenicach, czy ogólna akceptacja niektórych zachowań członków Młodzieży Wszechpolskiej stanowią jasne sygnały dla wszelkiej maści ekstremistów.

Sygnał płynący od władz jest bardzo jasny: „pokojowe manifestacje nie będą uznawane, jeśli nie są one zgodne z wolą większości; wszelkie przejawy agresji są dopuszczalne, jeśli mają one bronić woli większości a w szczególności, gdy bronią doktryny kościoła rzymskiego lub wąsko pojmowanego prawa naturalnego; każda metoda usprawiedliwienia bezprawia jest prawnie dozwolona.” W moim odbiorze decyzje prezydenta Grobelnego oraz wojewody wielkopolskiego brzmiały tak: „Nie możemy zezwolić na Marsz Równości, albowiem rozłościłoby to jedynie słuszną Młodzież Wszechpolską, co w rezultacie mogłoby spowodować, iż ta ostatnia w afekcie dokonałaby czynów sprzecznych z prawem. W trosce o dobro i przyszłość Młodzieży Wszechpolskiej musieliśmy podjąć decyzję o zakazie Parady Dewiantów, albowiem umiłowani nam Wszechpolscy mogliby wejść w konflikt z prawem, co z kolei zmusiłoby nas później do znalezienia argumentów do uniewinnienia tej jakże nam drogiej części naszej młodzi.”

Szlachetna to zaprawdę troska o Mlodziesch Vschechpolska. Też jestem zwolennikiem zapobiegania wzrostowi przestępczości wśród młodzieży, a w szczególności Mlodzieschy. Obawiam się jednak, że już wkrótce zostanie mi zakazane wychodzenie na ulicę, albowiem policja nie będzie mi w stanie zapewnić bezpieczeństwa nawet w środku dnia. „Jeśliś dewiantem – siedź w domu, po kryjomu.” – inaczej może stać ci się krzywda i będziesz musiał zapłacić za zabrudzenie krwią butów czy kurteczki jakiegoś Vschechpolaka.

Z 9 na 10 listopada 1938 roku doszło do pogromu Żydów w hitlerowskich Niemczech. Noc ta do historii przeszła pod nazwą Kristallnacht lub Reichskristallnacht. 60 lat temu, 20 listopada 1945 rozpoczęły się obrady Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze. Wstyd mi, że w okresie takich rocznic polskie władze nie reagują na przejawy faszyzmu, jednocześnie dławiąc wszelkie przejawy wolności słowa.
Na moim biurku leżą już papiery emigracyjne. Nie chcę czekać na pierwszy pociąg „do gazu”.

środa, listopada 02, 2005

ECCE HOMO WOT I SWOŁOCZ

„To jest mój ulubiony dzień. Byłam u mojego ulubionego fryzjera. Zaraz założę moją ulubioną sukienkę. Tymczasem mój mąż ugotuje mój ulubiony budyń.” - oznajmia z dumą bohaterka jednej z reklam. Mój fryzjer? Mój mąż? Mój budyń? Moje dzieci? Moja kawa? Za oknem rozległ się przeraźliwy dźwięk alarmu samochodowego. Nerwowo rozejrzałem się po pokoju próbując sprawdzić, czy aby nikt mi niczego nie ukradł. Podbiegłem do okna i wyjrzałem na parking. Olśnienie wyrwało mnie z obłędu. Przecież ja nie mam samochodu. Nie mam dzieci ani męża. Na dobrą sprawę nie mam nawet kawy; ostatnią sparzyłem sobie parę minut temu. Zaraz, zaraz. O co tutaj właściwie chodzi? – pomyślałem zakładając kurtkę. Czy tak nas ogarnęła rządza posiadania, że nie potrafimy zbudować prostego zdania nie dodawszy zaimka dzierżawczego? W drodze do sklepu usłyszałem jeszcze dobiegające z okna pobliskiego bloku fragmenty kłótni: „Jesteś taka jak twoja matka!”

Wróciwszy rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Sącząc świeżo zaparzoną kawę zabrałem się za przeglądanie prasy. Uwagę moją przykuł artykuł Tomasza Terlikowskiego „Nie żyjemy dla siebie”. Zawrzało we mnie jednak po przeczytaniu, iż: „Dopiero tam, gdzie odrzuci się przekonanie, że celem małżonków jest posiadanie dzieci i wychowanie ich w najlepszej ze znanych wspólnot, można próbować tak zmieniać definicję małżeństwa, by obejmowało ono także pary (a w zasadzie, dlaczego tylko pary?), które z natury do posiadania dzieci nie są zdolne, a jeśli je mają, to z zupełnie innych związków.” A to dopiero nowina! – pomyślałem. Od kiedy to celem małżonków jest posiadanie dzieci i gdzie ów pożal się B-że filozof upatruje dowodów na to, że małżeństwo jest najlepszą ze znanych wspólnot? O przemożna rządzo posiadania! Jeśli przyjąć za pewnik, że posiadanie dzieci jest celem małżonków oznaczałoby to ni mniej, ni więcej, tylko tyle że dzieci stanowią własność swoich rodziców a związek małżeński zwierany jest po to, by zrealizować ową potrzebę posiadania. Koncept to zgoła godny pożałowania. Żaden człowiek w myśl tego nie byłby wolnym, a ludzkość składałaby się z miliardów niewolników spokrewnionych z sobą wzajemnie, przy czym każdy nowy niewolnik miałby dwóch właścicieli, z których każdy jest lub był niewolnikiem kolejnych dwóch. Idąc uparcie tym torem sparafrazuję pewną historyczną zależność mówiąc: „Niewolnik mojego niewolnika jest moim niewolnikiem.” Zgroza. Ktoś może powiedzieć, że to jedynie figura językowa. Czemu ma służyć ów spór semantyczny?

W przeciwieństwie do innych ludzi, filozof powinien korzystać z języka niczym chirurg ze skalpela. Precyzyjnymi sformułowaniami musi oddzielać poszczególne warstwy semantyczne i pragmatyczne, tak by w końcu dowieść w sposób rzetelny prawdziwości lub nieprawdziwości swojego rozumowania. Pan Terlikowski okazuje się zgoła bezmyślnie korzystać z mechanizmów języka. Jeśli zatem posiadanie a nie ciągłość gatunku stanowiłoby istotę małżeństwa, jakiż głębszy sens miałby wynikać z owego posiadania? Tego jednak autor już nam nie wyjawia. Cóż! Człowiek wot i hedonistyczna swołocz – żeni się, by posiadać. Na szczęście wiem, że są na tym świecie jednak rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom.