Dzisiaj pierwsza część fragmentu jednego z pierwszych brudnopisów książki „Pokój chłopca”.
Siedział nieruchomo w fotelu, owinięty kocem. Jego spojrzenie utkwione było martwo gdzieś w oddali, jak gdyby dostrzegał coś więcej prócz ciemnego płaszcza nocy. Przeszywał wzrokiem powietrze niczym badacz, próbujący za wszelką cenę odnaleźć w swojej próbce tę jedną, jedyną cząstkę będącą przyczyną i sprawcą wszystkiego. Dookoła panowała przeraźliwa cisza, toteż stojąc zaledwie o kilka kroków bez trudu mogłem słyszeć jego spokojny miarowy oddech. Tylko on pozwalał mi wierzyć, że Joel tam był.
- Jak to właściwie jest… - zagadnąłem niepewnie, nie do końca mając odwagę usłyszeć odpowiedź.
- Jak to jest umierać? – zapytał spokojnie, wybawiając mnie z opresji wyartykułowania tych kilku głosek.– Bardzo bezczynnie.
- Bezczynnie? – wydusiłem z niekłamanym zdziwieniem.
- Nudno? Nazywaj to jak chcesz. – przerwał na moment, niczym starając się znaleźć to właściwe, odpowiednie słowo. – Jest w tym coś bezwolnego, niepojętego. Ot taki mały skrecz. Ale to jest obok, gdzieś w oddali, zupełnie poza tobą, a przecież w rzeczywistości toczy się w tobie. Tak jakbyś to nie ty umierał, ale zupełnie ktoś inny, obcy, nieznajomy.
- Jesteś cyniczny. Niektórzy umierają straszliwą śmiercią, w męczarniach. Jak możesz umniejszać ich gehenny?
- Nie umniejszam – westchnął znacząco. – Zrozum! Odczuwać można ból, cierpienie, smutek, lęk, a umieranie po prostu jest. Tak samo jak powietrze, czy Warszawa. I choć dotyczy mnie, tak naprawdę dzieje się samo, bez mojego udziału. Właściwie człowiek zupełnie bezprawnie przywłaszczył sobie władzę nad tą czynnością mówiąc z równym zaangażowaniem „ja umieram”, co „ja piję”. Bzdura! Przecież w umieraniu nie ma nic wolitywnego. Nie mamy nad tym absolutnie żadnej kontroli. Czy się położę do łóżka, czy też pojedziemy do miasta na piwo, umieranie będzie się we mnie dokonywało.
- Ale gdybyś przestał przyjmować leki, mogłoby ci się pogorszyć – stwierdziłem, we własnym odczuciu, autorytatywnie.
- Jest w tym coś niewymiernego, nie możesz przecież umierać bardziej lub mniej. Co najwyżej, szybciej lub wolniej. Ale nie da się umierać trochę, tak samo jak nie można być trochę w ciąży. Samo umieranie nie ma natężenia. To proces skutkowy. Proces, który zaczyna się z chwilą narodzin. Nie ma najmniejszej różnicy między życiem a umieraniem, to kwestia jedynie nazewnictwa – kontynuował ze spokojem.
W dali rozbrzmiał sygnał przejeżdżającego pociągu. Miasto usypiało. Jeszcze w nielicznych oknach pobliskich budynków paliły się światła, ale i te wkrótce gasły, by na kilka godzin pogrążyć mieszkańców w ułudzie marzeń sennych i oddzielić ich od rzeczywistości. Czy pod osłoną mroku umierali? Nie bardziej niż kioskarka podająca mi rano gazetę czy kierowca przejeżdżającej karetki. Moja świadomość z trudem godziła równoznaczność życia i umierania. Rodziły się nowe pytania, na które nie umiałem sobie odpowiedzieć. Przecież ja nie umierałem, byłem aktywny, nic mi nie dolegało. Byłem jeszcze zbyt młody żeby umierać. A przecież według Joela właśnie umierałem.
- Chyba przez tę chorobę zaczynasz postrzegać świat w czarnych barwach. To bez sensu. Życie jest takie piękne, po co opisywać je przez pryzmat zła, śmierci? – konstatowałem.
- Ależ Jarku! Mylisz się i to bardzo. Oczywiście nie zaprzeczam, że czasem zdarza mi się widzieć świat smutnym i mizernym. Częściej jednak wcale nie wartościuję świata. Bo przecież świat sauté nie jest ani dobry ani zły. To pojęcia sztuczne właściwe kodeksom moralnym, a nie rzeczywistości. Orbis humani* jest uwikłany w potrzebę wyznaczania punktów odniesienia i bez nich nie potrafi niczego stwierdzić. A tymczasem niewiele potrzeba, by wykazać niedoskonałość tych odnośników. Skąd wiesz, że autobus jest w ruchu, kiedy siedzisz w środku? Banalne? Zmiana krajobrazu za oknami, wibracje, podmuch wiatru z uchylonego okna czy ryk motoru. Zawsze możesz również spojrzeć na prędkościomierz. Ale wyobraź sobie zupełną próżnię przez którą podróżujesz statkiem kosmicznym…
- Co to za próżnia, skoro jest w niej mój statek i ja – wciąłem się.
- Rzeczywiście. Przyjmijmy jednak pewien izolowany model, w którym to poza statkiem, którym podróżujesz nie ma już absolutnie nic. Ostatecznie to tylko rozważania. W przeciwnym razie zaraz można by podważyć sens takiej podróży, nie wspominając już pytań o pochodzenie statku. Ale do rzeczy. Więc za oknami statku nie ma już zupełnie nic. Niczego za nimi nie możesz dostrzec ani zidentyfikować. Skoro więc nie ma nic, czego odległość mogłaby się w sposób widoczny zmienić względem statku, pozbawiliśmy się możliwości wzrokowej oceny ruchu.
- A drgania, huk silników, przyrządy pomiarowe? – przerwałem ponownie.
- Wyeliminujmy je także. Pójdźmy dalej jeszcze. Pozbądźmy się też dla zabawy przeciążeń. W środku panuje zupełna cisza, nie odczuwamy żadnych drgań czy przeciążeń, a na dodatek nasz wehikuł jest tak doskonały, że nie ma w nim żadnych wskaźników, przycisków, monitorów itp. czy ich odpowiedników wyższej generacji. I co? Jak stwierdzisz czy twoja latająca sosjerka się porusza? Czy będziesz mógł określić kierunek jej ruchu? – zapytał z przekąsem, choć bez najdrobniejszego cienia tryumfowania.
- No tak, ale co to ma wspólnego z umieraniem – odpowiedziałem zupełnie nie uchwyciwszy w pierwszym momencie sensu tego wywodu.
- Niby nic, a jednak. Na tak prostym modelu pokazałem ci, że człowiek bez punktów odniesienia nie bardzo radzi sobie z opisem świata i występujących w nim zjawisk. Ale rozmawialiśmy o dobru i złu. – wyartykułował, jakby próbując przypomnieć sobie o czym to chciał mówić. Na moment zapadła głucha cisza, która kondensowała się by po chwili skroplić się dalszym potokiem słów. – Nie raz pewnie słyszałeś o bezwzględnych i obiektywnych wartościach dobra i zła. To szczególnie ulubiona dziedzina wszelkiego rodzaju moralistów. Tymczasem dobro czy zło nie są wartościami ani obiektywnymi ani szczególnie bezwzględnymi. Jeśli przyjmiemy za dobro wszystko to co jest pożyteczne, pomyślne i wartościowe, czyli najprostszą słownikową definicję, okaże się że z tą bezwzględnością i obiektywizmem mamy nie lada kłopot. Zwłaszcza, kiedy dobro postawimy w służbie prawa naturalnego. Oto bowiem gdzieś na stepie lew upolował antylopę. Gdzie tu jest dobro i zło? Przyjąwszy, że prawo do utrzymania życia jest jednym z podstawowych prawa w prawie naturalnym wydawałoby się, że skoro lew pozbawia antylopę życia tym samym nie może to być dobre. Z punktu widzenia antylopy jest to działanie wysoce niepożyteczne i mało pomyślne, czyli niespecjalnie dobre. Ale z pozycji głodnego lwa wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bo przecież zabił ją, by przeżyć. O! – wykrzyknął prawie teatralnie. - To ci dopiero ambaras. Wygląda na to, że nasz lew działał w obronie jednego z podstawowych praw naturalnych. A skoro tak, to nie ma wyjścia, jego działanie było pożyteczne i pomyślne, czyli dobre. Prawda? – zapytał filuternie, głosem oczekującego na aprobatę oczywistego twierdzenia.---------------------------------------------------
*Orbis humani - Świat ludzi (lit. ludzki)