środa, sierpnia 09, 2006

Brudnopis znaleziony w nocnej rosie (część III - oderwana)

Joel był zjawiskiem, bytem nieogarnionym, wymykającym się wszelkim próbom zdefinowania czy choćby opisania. Jego istnienie bardziej zawierało się w misternej koronce prowadzonych wywodów niż w fizycznej obecności i aktywności jego biologicznej powłoki. Niemy słowem, znakiem lub gestem zanikał w otoczeniu. Stawał się ulotny, przezroczysty i niedostrzegalny. Wystarczyło jednak pozwolić mu choćby na jeden nieokreślony dźwięk, by tchnął w niego głębię i precyzyjne znaczenie dające się z łatwością odczytać. Tymczasem, choć emanacje takie mogły budzić powszechny zachwyt, Joel w swym człowieczeństwie pozostawał niewyobrażalnie samotny intelektualnie. Gubiła go zdolność zadawania ważkich pytań w chwili, gdy tryumfalnie ogłaszano zakończenie dowodu jakiegoś twierdzenia. Quod erat demonstrandum działało na niego jak samowyzwalacz. Przenosił się wtedy niejednokrotnie w świat abstraktów mnogich i tak złożonych, że sama ścieżka wiodąca do ich ogarnięcia przypominała podróż w odległe krańce wszechświata. Toteż rzeczywistość Joela zamykała się gdzieś pomiędzy definiendum a jego definicją.

Pomimo to, Joel pozostawał rozmówcą zajmującym i ze wszech miar ponętnym dla głodnego innego świata ucha. Bez trudu budował dwudziestosześciowymiarowe przestrzenie małych i wielkich nieskończoności, w których roiło się od supersymetrycznych wiolonczelistek wydobywających ze strun bozonowych kontrapunktyczne Magnificaty kwantów energii. Tworzył wysycone kadencje znaczeń i mgnień, przy których patrząc w stronę Swana z rzadka przysiadywał Schroedinger spokojnie głaszcząc swoje koty. Tylko tutaj Husserl patrzył Kantem na Hegla lub Kartezjusza nie mogąc Nietschego wywieść z próżni. Z łatwością żąglował fraktalami paradygmatów, by w końcu brnąc przez stretta i cody osiąść gładko na mierzejach pieśni bez słów.